środa, 10 grudnia 2014

Niechciani Bracia rozdział 4

"Lekko" spóźniony rozdział. Mam problemy z komputerem. Moje gniazdko do ładowarki jest rozwalone i właśnie po chyba stu próbach udało mi się włączyć komputer (nie zapominajmy, że mój komputer rozładowuje się po 5 minutach). Aktualnie piszę jedną ręką, bo druga trzyma ładowarkę.
Nie wiem co z tą częścią. Z pewnością nie zbetowana.

„Obżeramy się ciastami. Kocham piątki.”

A pod tym było zdjęcie, na którym jest wraz z Markiem w kawiarni.
Jeden pocałunek, a oni już najlepsi przyjaciele!

Ja: Ich pojebało.

Tyle odpisałem czarnowłosemu. Trochę zawiedliśmy się na naszych przyjaciołach, że łączą się ze stroną przeciwną i aż zapominamy o wyzywaniu się nawzajem!
Dobra, może to trochę dziecinne, ale on sam się o to prosi. Jest wiecznie wredny i chamski. Zastanawiałem się, jak Chris i jego koledzy z nim wytrzymują. Jednak kiedy opatrywał ranę rudego, widać było, że nieco się martwi, choć starał się to ukryć pod lekkim dokuczaniem przyjacielowi.
Wziąłem do ręki sok stojący na biurku zastanawiając się, czy jest świeży i odczytałem odpowiedź, którą po chwili otrzymałem.

Seweryn: Doszczętnie. To od niego dostałem chwilę temu. ”[Twoje najukochańsze kochanie 17:09] Oj nie obrażaj się. Co ja poradzę na to, że Mark jest taki seksowny?”

Oplułem ekran, po czym lekko zezłoszczony na niego i siebie wytarłem go rękawem. Po chwili dołączyła też kolejna wiadomość.

Seweryn: Rzygać mi się chcę na myśl o Chrisie i twoim giermku. OBRZYDLIWE. Mógł już wybrać sobie lepszą partię.
Ja: Morda. Jeśli chodzi o partię, to trafił idealnie. Problem w tym, że teraz przypominają księcia i wieśniaczkę.
Seweryn: No nie przesadzajmy. Chris nie jest aż tak cudowny, żeby nazywać go księciem.

Już chciałem go zripostować, kiedy usłyszałem alarm kuchenki. Zszedłem niezadowolony na dół i wyjąłem mięso. Zupa potrzebowała jeszcze kilku minut. Wyłączyłem piekarnik, zdjąłem ziemniaki z ognia, wyłożyłem talerze. Jak już wszystko było na stole, krzyknąłem:
   - Obiad!
   - Mogę zjeść z wami? – spytała Juliet stojąca w progu lekko skrzywiona od mojego krzyku, ale i uśmiechnięta.
   - Jasne. Siadaj – powiedziałem uśmiechając się.
Posłusznie usiadła przy stole, a ja nalałem jej zupy do miski i podałem.
   - Wiesz już, że wprowadzamy się w niedzielę? – spytała zaczynając jeść.
Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo Lizzy i mój ojciec wbiegli do kuchni i zaczęli witać się z Juliet. Na ten widok uśmiechnąłem się lekko pod nosem, ale żeby to ukryć odwróciłem się. Wreszcie wyglądamy jak normalna rodzina.
   Sobota była nieco lepsza niż piątek. Rozmawiałem z Sevvem. Ma się przeprowadzić. Mówi, że z jednej strony się cieszy, bo wreszcie będzie miał jakiś porządny pokój, a z drugiej nawet jeszcze nie wie, gdzie ma się przeprowadzić. Zna tylko miasto. To niewiarygodne, że mnie i Sevva spotyka prawie to samo. On się przeprowadza, a do mnie ludzie się wprowadzają, on ma zepsuty dzień – ja też, on jest szczęśliwy i ja jestem szczęśliwy. Ale on mieszka w zupełnie innym mieście. Chyba czas się wreszcie spotkać, bo znamy się od półtora roku. Właściwie staraliśmy się nie zdradzać takich rzeczy jak imiona, wygląd. On zna moje prawdziwe imię, które mało lubię, ale moja ksywka jest dość rozpoznawalna i nie chciałem, żeby ktoś mnie skojarzył. On… Nie sądzę, żeby miał na imię Sevv. Dobrze nam, tak jak jest. Podałem mu nawet inne województwo. Pewnie podobnie jak on. Ostrożności nigdy za wiele.
Pamiętam, jak na początku naszej znajomości się w nim podkochiwałem. W sumie, to nadal strasznie go lubię i jest dla mnie idealny pod każdym względem, ale zagłębianie się w to, byłoby głupotą. Zapewne mieszkamy od siebie w strasznie daleko, nawet go na oczy nie widziałem (choć czasem wysyłał mi zdjęcia z zamazaną twarzą) i sądzę, że jest stuprocentowym hetero.
   Ale wróćmy do tej jakże pięknej niedzieli. No cóż… dla kogo pięknej, dla tego pięknej. Miałem posprzątać cały dom. Sam. Znaczy się z Lizzy, ale ona pięć godzin sprząta swój pokój, więc to na mnie spadają wszystkie obowiązki. Ojciec za to pojechał na wielkie zakupy z Juliet i szczerze mówiąc, to nie wiem, co oni zamierzają wreszcie kupić, ale podobno ma być jakaś impreza z rodziną i przyjaciółmi.
Sprzątanie domu – idealna okazja do wykorzystania nielubianego osobnika, czyli Seweryna. Znalazłem jego numer w czeluściach mojej komórki zapisany „Jeśli błaga o życie, odmów”. Zadzwoniłem do niego. Jeden sygnał. Dwa. Za trzecim odebrał.
   - Tak? – usłyszałem jego neutralny głos. Chyba nie popatrzył nawet na wyświetlacz.
   - Masz tu być za piętnaście minut - mruknąłem.
   - Nawet nie wiem, gdzie mieszkasz – warknął – I o co chodzi?
No tak. Ani razu nie był na którejkolwiek z imprez.
   - No to czekaj na przystanku. Przyjdę tam po ciebie. Posprzątasz u mnie – po ostatnim zdaniu usłyszałem syk wciąganego powietrza po drugiej stronie.
   - Dużo tego masz? Zajęty trochę jestem.
   - Tak dużo i nie wypuszczę cię, póki wszystko nie będzie lśnić.
   - A chuj ci w dupę. Będę za piętnaście minut.
I się rozłączył. Jak ja kocham go denerwować.
Związałem włosy z tyłu. Choć właściwie trudno to nazwać związaniem, bo te z przodu szybko wróciły na swoje poprzednie miejsce, ponieważ są za krótkie. Ubrałem jeszcze płaszcz i wyszedłem. Leniwie powędrowałem na przystanek. Po kilku minutach pojawił się Seweryn, który wysiadł z jakiegoś auta. Bez słowa odwróciłem się i ruszyłem w stronę mojego domu. On szybko pognał za mną. Szliśmy szybko i już po chwili byliśmy na miejscu. Wpuściłem go do środka i kazałem zdjąć buty.
   - Co mam zrobić? – spytał podciągając rękawy bluzy.
   - Chodź.
Zaprowadziłem go do łazienki i zacząłem wszystko tłumaczyć.
   - Wymyj wannę i prysznic. Poukładaj wszystko, żeby jakoś wyglądało. Blaty przetrzyj na mokro.
Spiorunował mnie wzrokiem widocznie niezadowolony.
   - Spróbuj coś zepsuć, a twoja twarz na tym ucierpi – powiedziałem do niego jadowicie.
Wyszedłem z łazienki i wróciłem do mojego pokoju. Ogarnięcie tego wszystkiego, to jakiś cud. Ale po pół godziny przyszedł do mnie Seweryn.
   - Dobra, mów co jeszcze – mruknął.
   - Pomożesz mi tutaj.
Jęknął patrząc w jakim stanie jest mój pokój. Bez żadnego pozwolenia zabrał mi z rąk szmatę oraz płyn do ścierania kurzy i wdrapał się na biurko, aby oczyścić półkę nad nim. Dobra… tam chyba wieki nie ścierałem.
   - Jezu Chryste! Ty tu mieszkasz?!
No nie aż tak dawno!
   - Syf gorszy niż u Chrisa. Brawo mistrzu – zaśmiał się.
   - Ej to tylko jedna szafka, pedancie!
   - Ja nie jestem pedantem. To ty jesteś syfiarzem.
   Po skończeniu mojego pokoju (co zrobił w wręcz ekspresowym tempie) zapewnił, że za żadne skarby świata nie zamieszkałby ze mną, bo jestem brudasem. Zakładam, że u niego panuje pedantyczny porządek. Pewnie na dzień nakrywa łóżko folią, żeby nie dostał się nam najmniejszy pyłek.
Później wzięliśmy się za kuchnię. Jak na złość w tej chwili Lizzy zapragnęła zrobienia sobie kanapki.
   - Tata zabronił ci zapraszania kolegów – powiedziała spokojnie nalewając sobie soku.
   - On nie jest moim kolegą – powiedzieliśmy chórem.
Chociaż w jednej kwestii się zgadzamy.
   - Lizzy jestem, jego siostra – zwróciła się tym razem do Seweryna.
   - Seweryn, jego największy wróg, który przegrał zakład i musi sprzątać syf w jego pokoju – mruknął.
   - Młoda, ty lepiej wracaj do siebie! – pogoniłem ją.
Wyszła spokojnie. Oboje w towarzystwie jesteśmy jak oazy spokoju. Dopiero jak jesteśmy sami, to widać nasz idiotyzm. Jest młodsza o trzy lata, ale dość inteligenta. Mistrzyni ciętej riposty, co ma po bracie. Zawsze gdy sprowadzam do domu znajomych, ona nam towarzyszy (sami znajomi o to proszą) i w odpowiednim momencie znika w swoim pokoju. Tylko chyba w obecności mojej i od niedawna Juliet jest w stu procentach sobą.
   - Ile ona ma lat? – te słowa wyrwały mnie z zamyślenia.
   - A co? – spytałem od niechcenia.
   - Podoba mi się.
Co miałem zrobić? Przywaliłem mu szmatą w łeb.
   - Łapy od niej precz. To jeszcze dziecko, zboczeńcu!
Czarnowłosy zaczął się śmiać. Długo. Po chwili zacząłem się obawiać, czy to nie jakiś atak. Może prócz debilizmu choruje na coś jeszcze?
   - Przestań rżeć i zacznij sprzątać – warknąłem.
   - No patrz. Siostra seksowana, a braciszek zupełne przeciwieństwo – zarechotał.
Zaraz wypastuję jego ryjem podłogę.
   Skończyliśmy sprzątać cały dom po około trzech godzinach. W między czasie do tego debila zadzwonił telefon. Jedyne co powiedział to „Tak mamo. Jasne, że się pakuję.” Współczuje rodzicom. Czas nam zleciał przy wzajemnym obrażaniu się. Dzień jak co dzień.
   - Teraz zrób mi tosty. Jestem głodny – stwierdził siadając na krześle w kuchni.
   - Nie mam tostera – próbowałem go zbyć.
   - Owszem masz. Myłem go przez piętnaście minut.
To nie stołówka, idioto.
   - Idź lepiej do domu. Trzy godziny sam na sam z tobą, to zdecydowanie za dużo – powiedziałem krzywiąc się.
Zaśmiał się zakładając nogę na nogę.
   - Wiesz… Inni nie narzekają – stwierdził nonszalancko.
   - Na przykład twój rudy kolega? – powiedziałem z wrednym uśmieszkiem.
   - Mój rudy kolega jest zajęty obrabianiem dupy twojego kurdupelskiego kolegi, a ty łaskawie zrób mi tosty.

1 komentarz:

  1. To będzie kazirodztwo jak nic! Ja to normalnie widzę we wszystkich kolorach tęczy! Kaye i Sew skończą we wspólnym, rodzinnym łóżeczku podgryzając sobie z namaszczeniem braterskie ogonki. No przynajmniej ja tak to widzę. Ale co Ty wymyślisz...
    Trochę szkoda mi, że rozdziały wstawiasz takie krótkie. Przydałyby się nieco dłuższe, żeby zdążyło się w nich trochę więcej akcji rozwinąć. No, ale to tak wolnym rzutem.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

SZABLON