No cóż... Nie wspomniałam, że opowiadanie nie będzie pisane tylko z jednej perspektywy. Przeczytałam tą część i nie jestem zadowolona. Dobra, powiedzmy sobie szczerze - jest beznadziejna. Najgorsza. Okropieństwo. I nie mówię tego jako autorka, która pod każdym rozdziałem pisze "Nie wiem czemu czytacie moje wypociny". Ta część zwyczajnie jest kiepska.
PS: Widziałam wersję roboczą pierwszego rozdziały opowiadania Papilio, więc pewnie wkrótce się pojawi.
- Będzie bolało – powiedziałem szybko i bez
przygotowania wylałem trochę płynu na całą ranę.
Po sekundzie już zaczęło działać. Chris złapał się mocno za udo i zaczął na
mnie przeklinać.
- Tak ci wpierdolę, że ci jaja gardłem
wyjdą ty… Ty…! – zadarł się. Oczywiście to jest tylko ten ocenzurowany
fragment. Były gorsze i to znacznie. Zostałem zwyzywany od psów, prostytutek i
tym podobnych. Oczywiście z szerokim wachlarzem epitetów.
Krzykiem tego nazwać nie mogłem, ale jakaś starsza kobieta, która właśnie
przyszła na przystanek popatrzyła na nas zszokowana.
- Co to za słownictwo? – lekko się
oburzyła.
- Pani nikt nie wylała wody utlenionej
na ranę! – na te słowa parsknąłem cicho chcąc pohamować śmiech – Zamknij się i
zaklej mi to czymś!
Jaki on nerwowy. Ja mu tu pomagam, a on mnie jeszcze pogania.
- Jasne – mruknąłem i tak dla upewnienia
wylałem jeszcze trochę wody utlenionej.
Przeklął jeszcze kilka razy. Oj dobre kilka razy.
- Za te wszystkie wyzwiska, kochanie –
powiedziałem z cudownym uśmiechem – Teraz dam ci spokój. W domu dobrze to sobie
oczyścisz.
Cóż, to było tylko zadrapanie, więc nie będę kładł gaz. Owinąłem to bandażem,
bo plastry były zdecydowanie za małe.
- Gdzie ta klamerka? – spytałem.
Czy ten debil nosi bandaż bez tej gumkowej klamerki?
Jego spojrzenie wystarczyło mi za odpowiedź. Musiałem mu kokardkę wiązać. No
ale wyglądał pięknie! Jak księżniczka!
- Dobra, dziś ci bieganie odpuszczę.
Chodź – mruknąłem i wstawałem.
On ma to szczęście, że już koło kolejnego przystanku mieszka. Ja mam do
przejechania jakieś pięć.
Akurat wybrałem dobry moment do ucieczki, bo zjawił się giermek białowłosego.
Kobieta chyba też wyczuła tą złą aurę, bo sobie gdzieś poszła.
- Ja ledwo kuśtykam! Odpuść mi. Piątek
jest. Pojadę z tobą – wyjęczał.
- Zamierzasz jechać jeden –
podkreśliłem słowo „jeden” – przystanek? Czy ty sobie kpisz? Ja pięć czasami
przechodziłem, bo nie chciało mi się czekać pół godziny, a ty jedziesz jeden
przystanek? To jakiś żart!
Zero formy. Kompletne zero. Pamiętam, jak miałem obtarte nogi, bo musiałem
rozchodzić nowe buty i właśnie wtedy był jakiś wielki wypadek, autobusy na
najbliższe dwie godziny nie jeździły, a ja? Ja szedłem do domu! Dopiero po
trzech przystankach musiałem zadzwonić po mamę, bo powoli miałem mroczki przed
oczami. Ale walczyłem! Do końca!
- Oni jakoś też zawsze jadą jeden
przystanek – burknął wskazując na znienawidzoną dwójkę.
- Widocznie są takim samem zerem
mięśni jak ty – prychnąłem.
Z Da Vincim może nie jest tak źle, ale kurdupel to kompletne chuchro.
- Coś ty powiedział? – warknął
białowłosy.
- To, że twoja kondycja musi wręcz nie
istnieć, skoro tak się męczysz i jeden przystanek przejeżdżasz autobusem.
Chyba każde zdanie jakie powiem, to dla niego jak płachta na byka. Nie może
pogodzić się z prawdą.
- Twój mózg też musi nie istnieć, skoro
nie pomyślałeś o tym, że zwyczajnie czekam tu z Markiem.
- Czekasz, a później odwozisz i
odprowadzasz do domu? – prychnąłem.
- Aż tak chcesz mnie sprawdzić? –
spytał z wyzywającym wzrokiem.
Chris zagwizdał.
- Widzę, że pojedyneczek.
- Bardzo dobry pomysł! Przebiegnijmy
się do następnego przystanku. Wy – tu wskazałem na Marka i Chrisa – doniesiecie
nam plecaki. Trudno biec sprintem z dziesięcioma kilo na plecach.
Czerwonowłosemu wyraźnie zrzedła mina na myśl, że ma się ruszyć. Nie wiem, jak
można być aż tak leniwym. Myślałem, że to ja się obijam, ale ktoś mnie
przegonił.
- Będziecie iść, no bez przesady –
jęknąłem.
Stanęliśmy z Kaye równo na początku drogi. Skręcała w lewo, więc stanąłem od
strony jezdni. Trochę mniej do przebiegnięcia to zawsze lepiej. Mam nadzieję,
że mnie nie wepchnie pod tira.
- O co się zakładamy? – spytał.
- Cóż… Najbardziej marzy mi się
upokorzyć cię publicznie. Macie jakieś propozycje? – zwróciłem się do
pozostałej dwójki.
Wspólnie zaczęliśmy się naradzać. To można uznać jako rozmowa znajomy ze
znajomym! Nasza wychowawczyni byłaby z nas dumna!
- Czyli dycha i trzy przysługi w
dowolnym miejscu i czasie – powiedziałem chwytając rękę Kaye, a Chris przeciął.
- A wy już się zbierajcie z tymi
plecakami – mruknął kretyn.
Wystarczyło jedno „Start!” a już
mknąłem jak burza. Wciąż biegliśmy równo. Biegłem na maksymalnej mojej
szybkości, a w głowie wciąż powtarzałem sobie „Szybciej!”. Już nie zwracałem
uwagi na nierównomierny oddech. Ważne było, abym nie był drugi. „Szybciej!” Ile to może być? Z 400 metrów? No może trochę
więcej. Ale co to jest dla mnie?
Już przestałem czuć ból w łydkach, który zaczął mi towarzyszyć po pierwszych
metrach. Choć lepiej byłoby powiedzieć, że już nie zwracałem na niego uwagi.
Nie dam się pokonać. Już widzę jego trzy życzenia. To byłoby zniszczenie mojego
szlacheckiego imienia!
I już zostały mi ostatnie metry. Już przystanek był przed moimi oczami. Już
wychodziłem na prowadzenie. I nagle wygrał Kaye! Odeszliśmy trochę dalej. On
się śmiał, a ja przeklinałem się za moją porażkę.
- Dobra. Wygrałeś. Zwracam honor –
mówiłem co chwilę przerywając, aby nabrać powietrza.
On nawet nic nie odpowiedział. Staliśmy tam oboje dysząc jakbyśmy co najmniej
maraton przebiegli. To chyba było więcej niż 400 metrów. Opierałem ręce o
kolana, dlatego moja głowa była na wysokości jego brzucha i żeby popatrzeć na
niego wrogo musiałem zwrócić wzrok ku górze.
Po trzech minutach już wszystko było z nami okay. Czekaliśmy tylko na plecaki.
Czekaliśmy jeszcze pięć minut w ciszy, aż nie wytrzymałem.
- No oni już powinni tu być! Dojście
tu zajmuję dziesięć minut! Idę po nich – warknąłem i szybkim tempem ruszyłem w
kierunku, z którego wystartowaliśmy. Może z matematyki nie jestem dobry, ale
zdecydowanie byli kilka minut opóźnieni.
Za mną ruszył też Kaye. To dobrze, bo raczej nie zamierzałem dźwigać jego
plecaka. Szliśmy dość szybko, w końcu to ja narzucałem tempo. Zapewne nie
zauważyłbym tych kretynów, gdyby nie plecaki całej czwórki rozrzucone na
chodniku. Oni opierali się o drzewo i… całowali!
- Co tu się dzieje do kurwy nędzy?!
Oderwali się od siebie jak oparzeni. W błyskawicznym tempie przeczesali włosy i
naciągnęli lekko podciągnięte bluzki.
- Powiedz mi, że to tylko jakieś zwidy
– zwrócił się do mnie białowłosy.
- Jeśli ty też widziałeś dwóch
liżących się chudzielców, którzy próbowali sobie wejść językami do gardeł, to
nie – jęknąłem.
- Oj wielka afera. Nic takiego się nie
stało – mruknął Mark zarumieniony, a Chris mu przytaknął.
- Nic takiego?! Całowałeś wroga! To
skandal! – rzekł Kaye poważnie – Serio, nic nie mam do twojej orientacji, o
której nawet nie raczyłeś mnie poinformować nawiasem mówiąc, ale… nie z nim!
- Muszę się zgodzić z Da Vincim! To
jakaś kpina! Tu się toczy wojna, a wy zdradzacie przywódców! – powiedziałem
dumnie.
W tym momencie zauważyłem też, że ostatnimi czasy nadużywam słowa „kpina”.
- Wiecie co wam powiem? – rzekł bojowo
Chris.
Spojrzeliśmy na niego pytająco.
- O tyle! – i pocałował namiętnie
giermka Kaye.
Nic nie mam do gejów. Nawet podejrzewam, że Kajetan nim jest. Nawet
podejrzewałem, ze Chris nim jest. Dobra, ja to wiedziałem. Ale pocałunek z wrogiem? To niewybaczalne!
- Jeszcze wrócisz, kiedy on ci wbije
nóż w plecy! – krzyknąłem teatralnie odchodząc.
Kaye
Po tym wszystkim wróciłem do domu.
Musiałem jeszcze ugotować obiad Lizzy i ojca. Dobrze, że mój „dyżur” jest tylko
trzy razy w tygodni. Ale tylko ze wzglądu na moją naukę. Ojciec wciąż mi
powtarza, że taki mąż to skarb. Jakby moim największym marzeniem była żona.
Dziś zdecydowałem się na schab w sosie grzybowym, którego dawno nie robiłem.
Będzie na dwa dni. Jutro mam zamiar cały dzień spędzić w łóżku, więc ani mi się śni robić nowy obiad.
Włożyłem mięso do piekarnika i
ustawiłem alarm. Już chciałem iść do mojego pokoju, kiedy nagle drzwi frontowe
się otworzyły i wyszedł zza nich mój tata z wielkim kartonowym pudłem w rękach.
- W aucie jest jeszcze kilka. Przynieś
je – powiedział do mnie.
- Co to za pudła?
- Trochę przyspieszyliśmy
przeprowadzkę – powiedział uśmiechnięty od ucha do ucha – Już w niedzielę.
Mi jakoś się to nie uśmiechało, ale wreszcie mój ojciec jest szczęśliwy i
przestanie być taki ponury. Ruszyłem do auta, gdzie na tylnym siedzeniu były
jeszcze trzy kartony. Nie były zaklejone więc… No z ciekawością nie wygrasz!
Zajrzałem do środka mimo woli. Jakieś kosmetyki i damskie ubrania. To chyba
tyle. Podobno Juliet ma syna w moim wieku, więc trochę się zdziwiłem. Oby nie
okazał się jakimś kretynem. Nie zniósłbym mieszkania z kimś takim. No ale
Juliet jest fajna, więc jej syn też musi.
Wyjąłem jeden karton i ruszyłem do domu. Zaniosłem go do pustego pokoju, gdzie
ma być sypialnia tego chłopaka. Mój ojciec, Juliet i on mają iść wybrać się do
salonu meblowego. Właściwie to mój pokój ma być przemalowany. To dobrze, bo mam
dość niepasującego granatu. Z nim mój pokój jest cały zaciemniony. Chyba całe
mieszkanie nieco się zmieni. Ostatnio ojciec kupił nowe talerze, choć zabronił
nam ich używać. Pościel też mamy nową. Obawiam się, że w końcu postawi nam nowy
dom.
Kiedy już wszystko zaniosłem, ruszyłem
do swojego pokoju. Włączyłem komputer i wszedłem na większość stron
społecznościowych, na których miałem konto. Od razu wyskoczyła mi wiadomość od…
Seweryna?
W wiadomości był link. Niby rozpoznałem nazwę portalu, ale po nim mogę
spodziewać się wszystkiego. Wyłączyłem dźwięk, żeby nie dostać zawału, gdyby na
ekranie wyskoczył mi jakiś martwy ryj. Kliknąłem w link niepewnie. Przeniosło
mnie do zdjęcia, które po chwili się załadowało. Post
na profilu Chrisa.
Chris z Markiem? Ostrooo. Tego to ja się nie spodziewałam. I jeszcze to ostatnie zdanie...ah! Przyznam się, że od samego początku czekałam na moment kiedy Kaye i Seweryn dowiedzą się, że piszą ze sobą właśnie xd Czemu przerwałaś w takim momencie?! Toż to niewybaczalne, ja chcę poznać reakcję Kaitusia, no!
OdpowiedzUsuńZ drugiej strony jedna rzecz mnie niezwykle intryguje, ci tytułowi "Niechciani Bracia"... to będą Kaye i Sew, mam rację? To znaczy, tak mnie się przynajmniej wydaje, mogę się mylić, ale to w sumie byłoby chyba logiczne. No w każdym razie jeśli to Sew jest synem Juliet to by oznaczało, że kiedy rozkwitnie gorący romans pomiędzy Sewem, a Kaye'em, to będzie to romans pomiędzy rodzeństwem...JARAM SIĘ. Dawaj mi tu szybko nowy rozdział, bo nie wytrzymam długo w tej niepewności! xd
Weny!
No, no, no... Mi się podobało, nawet bardzo ;D We(ł)ny życzę!
OdpowiedzUsuń