sobota, 29 listopada 2014

Niechciani Bracia rozdział 3

No cóż... Nie wspomniałam, że opowiadanie nie będzie pisane tylko z jednej perspektywy. Przeczytałam tą część i nie jestem zadowolona. Dobra, powiedzmy sobie szczerze - jest beznadziejna. Najgorsza. Okropieństwo. I nie mówię tego jako autorka, która pod każdym rozdziałem pisze "Nie wiem czemu czytacie moje wypociny". Ta część zwyczajnie jest kiepska.
PS: Widziałam wersję roboczą pierwszego rozdziały opowiadania Papilio, więc pewnie wkrótce się pojawi.


   - Będzie bolało – powiedziałem szybko i bez przygotowania wylałem trochę płynu na całą ranę.
Po sekundzie już zaczęło działać. Chris złapał się mocno za udo i zaczął na mnie przeklinać.
   - Tak ci wpierdolę, że ci jaja gardłem wyjdą ty… Ty…! – zadarł się. Oczywiście to jest tylko ten ocenzurowany fragment. Były gorsze i to znacznie. Zostałem zwyzywany od psów, prostytutek i tym podobnych. Oczywiście z szerokim wachlarzem epitetów.
Krzykiem tego nazwać nie mogłem, ale jakaś starsza kobieta, która właśnie przyszła na przystanek popatrzyła na nas zszokowana.
   - Co to za słownictwo? – lekko się oburzyła.
   - Pani nikt nie wylała wody utlenionej na ranę! – na te słowa parsknąłem cicho chcąc pohamować śmiech – Zamknij się i zaklej mi to czymś!
Jaki on nerwowy. Ja mu tu pomagam, a on mnie jeszcze pogania.
   - Jasne – mruknąłem i tak dla upewnienia wylałem jeszcze trochę wody utlenionej.
Przeklął jeszcze kilka razy. Oj dobre kilka razy. 
   - Za te wszystkie wyzwiska, kochanie – powiedziałem z cudownym uśmiechem – Teraz dam ci spokój. W domu dobrze to sobie oczyścisz.
Cóż, to było tylko zadrapanie, więc nie będę kładł gaz. Owinąłem to bandażem, bo plastry były zdecydowanie za małe.
   - Gdzie ta klamerka? – spytałem.
Czy ten debil nosi bandaż bez tej gumkowej klamerki?
Jego spojrzenie wystarczyło mi za odpowiedź. Musiałem mu kokardkę wiązać. No ale wyglądał pięknie! Jak księżniczka!
   - Dobra, dziś ci bieganie odpuszczę. Chodź – mruknąłem i wstawałem.
On ma to szczęście, że już koło kolejnego przystanku mieszka. Ja mam do przejechania jakieś pięć.
Akurat wybrałem dobry moment do ucieczki, bo zjawił się giermek białowłosego. Kobieta chyba też wyczuła tą złą aurę, bo sobie gdzieś poszła.
   - Ja ledwo kuśtykam! Odpuść mi. Piątek jest. Pojadę z tobą – wyjęczał.
   - Zamierzasz jechać jeden – podkreśliłem słowo „jeden” – przystanek? Czy ty sobie kpisz? Ja pięć czasami przechodziłem, bo nie chciało mi się czekać pół godziny, a ty jedziesz jeden przystanek? To jakiś żart!
Zero formy. Kompletne zero. Pamiętam, jak miałem obtarte nogi, bo musiałem rozchodzić nowe buty i właśnie wtedy był jakiś wielki wypadek, autobusy na najbliższe dwie godziny nie jeździły, a ja? Ja szedłem do domu! Dopiero po trzech przystankach musiałem zadzwonić po mamę, bo powoli miałem mroczki przed oczami. Ale walczyłem! Do końca!
   - Oni jakoś też zawsze jadą jeden przystanek – burknął wskazując na znienawidzoną dwójkę.
   - Widocznie są takim samem zerem mięśni jak ty – prychnąłem.
Z Da Vincim może nie jest tak źle, ale kurdupel to kompletne chuchro.
   - Coś ty powiedział? – warknął białowłosy.
   - To, że twoja kondycja musi wręcz nie istnieć, skoro tak się męczysz i jeden przystanek przejeżdżasz autobusem.
Chyba każde zdanie jakie powiem, to dla niego jak płachta na byka. Nie może pogodzić się z prawdą.
   - Twój mózg też musi nie istnieć, skoro nie pomyślałeś o tym, że zwyczajnie czekam tu z Markiem.
   - Czekasz, a później odwozisz i odprowadzasz do domu? – prychnąłem.
   - Aż tak chcesz mnie sprawdzić? – spytał z wyzywającym wzrokiem.
Chris zagwizdał.
   - Widzę, że pojedyneczek.
   - Bardzo dobry pomysł! Przebiegnijmy się do następnego przystanku. Wy – tu wskazałem na Marka i Chrisa – doniesiecie nam plecaki. Trudno biec sprintem z dziesięcioma kilo na plecach.
Czerwonowłosemu wyraźnie zrzedła mina na myśl, że ma się ruszyć. Nie wiem, jak można być aż tak leniwym. Myślałem, że to ja się obijam, ale ktoś mnie przegonił.
   - Będziecie iść, no bez przesady – jęknąłem.
Stanęliśmy z Kaye równo na początku drogi. Skręcała w lewo, więc stanąłem od strony jezdni. Trochę mniej do przebiegnięcia to zawsze lepiej. Mam nadzieję, że mnie nie wepchnie pod tira.
   - O co się zakładamy? – spytał.
   - Cóż… Najbardziej marzy mi się upokorzyć cię publicznie. Macie jakieś propozycje? – zwróciłem się do pozostałej dwójki.
Wspólnie zaczęliśmy się naradzać. To można uznać jako rozmowa znajomy ze znajomym! Nasza wychowawczyni byłaby z nas dumna!
   - Czyli dycha i trzy przysługi w dowolnym miejscu i czasie – powiedziałem chwytając rękę Kaye, a Chris przeciął.
   - A wy już się zbierajcie z tymi plecakami – mruknął kretyn.
   Wystarczyło jedno „Start!” a już mknąłem jak burza. Wciąż biegliśmy równo. Biegłem na maksymalnej mojej szybkości, a w głowie wciąż powtarzałem sobie „Szybciej!”. Już nie zwracałem uwagi na nierównomierny oddech. Ważne było, abym nie był drugi. „Szybciej!”  Ile to może być? Z 400 metrów? No może trochę więcej. Ale co to jest dla mnie?
Już przestałem czuć ból w łydkach, który zaczął mi towarzyszyć po pierwszych metrach. Choć lepiej byłoby powiedzieć, że już nie zwracałem na niego uwagi. Nie dam się pokonać. Już widzę jego trzy życzenia. To byłoby zniszczenie mojego szlacheckiego imienia!
I już zostały mi ostatnie metry. Już przystanek był przed moimi oczami. Już wychodziłem na prowadzenie. I nagle wygrał Kaye! Odeszliśmy trochę dalej. On się śmiał, a ja przeklinałem się za moją porażkę.
   - Dobra. Wygrałeś. Zwracam honor – mówiłem co chwilę przerywając, aby nabrać powietrza.
On nawet nic nie odpowiedział. Staliśmy tam oboje dysząc jakbyśmy co najmniej maraton przebiegli. To chyba było więcej niż 400 metrów. Opierałem ręce o kolana, dlatego moja głowa była na wysokości jego brzucha i żeby popatrzeć na niego wrogo musiałem zwrócić wzrok ku górze.
Po trzech minutach już wszystko było z nami okay. Czekaliśmy tylko na plecaki. Czekaliśmy jeszcze pięć minut w ciszy, aż nie wytrzymałem.
   - No oni już powinni tu być! Dojście tu zajmuję dziesięć minut! Idę po nich – warknąłem i szybkim tempem ruszyłem w kierunku, z którego wystartowaliśmy. Może z matematyki nie jestem dobry, ale zdecydowanie byli kilka minut opóźnieni.
Za mną ruszył też Kaye. To dobrze, bo raczej nie zamierzałem dźwigać jego plecaka. Szliśmy dość szybko, w końcu to ja narzucałem tempo. Zapewne nie zauważyłbym tych kretynów, gdyby nie plecaki całej czwórki rozrzucone na chodniku. Oni opierali się o drzewo i… całowali!
   - Co tu się dzieje do kurwy nędzy?!
Oderwali się od siebie jak oparzeni. W błyskawicznym tempie przeczesali włosy i naciągnęli lekko podciągnięte bluzki.
   - Powiedz mi, że to tylko jakieś zwidy – zwrócił się do mnie białowłosy.
   - Jeśli ty też widziałeś dwóch liżących się chudzielców, którzy próbowali sobie wejść językami do gardeł, to nie – jęknąłem.
   - Oj wielka afera. Nic takiego się nie stało – mruknął Mark zarumieniony, a Chris mu przytaknął.
   - Nic takiego?! Całowałeś wroga! To skandal! – rzekł Kaye poważnie – Serio, nic nie mam do twojej orientacji, o której nawet nie raczyłeś mnie poinformować nawiasem mówiąc, ale… nie z nim!
   - Muszę się zgodzić z Da Vincim! To jakaś kpina! Tu się toczy wojna, a wy zdradzacie przywódców! – powiedziałem dumnie.
W tym momencie zauważyłem też, że ostatnimi czasy nadużywam słowa „kpina”.
   - Wiecie co wam powiem? – rzekł bojowo Chris.
Spojrzeliśmy na niego pytająco.
   - O tyle! – i pocałował namiętnie giermka Kaye.
Nic nie mam do gejów. Nawet podejrzewam, że Kajetan nim jest. Nawet podejrzewałem, ze Chris nim jest. Dobra, ja to wiedziałem. Ale pocałunek z wrogiem? To niewybaczalne!
   - Jeszcze wrócisz, kiedy on ci wbije nóż w plecy! – krzyknąłem teatralnie odchodząc.




Kaye

   Po tym wszystkim wróciłem do domu. Musiałem jeszcze ugotować obiad Lizzy i ojca. Dobrze, że mój „dyżur” jest tylko trzy razy w tygodni. Ale tylko ze wzglądu na moją naukę. Ojciec wciąż mi powtarza, że taki mąż to skarb. Jakby moim największym marzeniem była żona.
Dziś zdecydowałem się na schab w sosie grzybowym, którego dawno nie robiłem. Będzie na dwa dni. Jutro mam zamiar cały dzień spędzić w łóżku, więc  ani mi się śni robić nowy obiad.
   Włożyłem mięso do piekarnika i ustawiłem alarm. Już chciałem iść do mojego pokoju, kiedy nagle drzwi frontowe się otworzyły i wyszedł zza nich mój tata z wielkim kartonowym pudłem w rękach.
   - W aucie jest jeszcze kilka. Przynieś je – powiedział do mnie.
   - Co to za pudła?
   - Trochę przyspieszyliśmy przeprowadzkę – powiedział uśmiechnięty od ucha do ucha – Już w niedzielę.
Mi jakoś się to nie uśmiechało, ale wreszcie mój ojciec jest szczęśliwy i przestanie być taki ponury. Ruszyłem do auta, gdzie na tylnym siedzeniu były jeszcze trzy kartony. Nie były zaklejone więc… No z ciekawością nie wygrasz! Zajrzałem do środka mimo woli. Jakieś kosmetyki i damskie ubrania. To chyba tyle. Podobno Juliet ma syna w moim wieku, więc trochę się zdziwiłem. Oby nie okazał się jakimś kretynem. Nie zniósłbym mieszkania z kimś takim. No ale Juliet jest fajna, więc jej syn też musi.
Wyjąłem jeden karton i ruszyłem do domu. Zaniosłem go do pustego pokoju, gdzie ma być sypialnia tego chłopaka. Mój ojciec, Juliet i on mają iść wybrać się do salonu meblowego. Właściwie to mój pokój ma być przemalowany. To dobrze, bo mam dość niepasującego granatu. Z nim mój pokój jest cały zaciemniony. Chyba całe mieszkanie nieco się zmieni. Ostatnio ojciec kupił nowe talerze, choć zabronił nam ich używać. Pościel też mamy nową. Obawiam się, że w końcu postawi nam nowy dom.
   Kiedy już wszystko zaniosłem, ruszyłem do swojego pokoju. Włączyłem komputer i wszedłem na większość stron społecznościowych, na których miałem konto. Od razu wyskoczyła mi wiadomość od… Seweryna?
W wiadomości był link. Niby rozpoznałem nazwę portalu, ale po nim mogę spodziewać się wszystkiego. Wyłączyłem dźwięk, żeby nie dostać zawału, gdyby na ekranie wyskoczył mi jakiś martwy ryj. Kliknąłem w link niepewnie. Przeniosło mnie do zdjęcia, które po chwili się załadowało. 
Post na profilu Chrisa. 

2 komentarze:

  1. Chris z Markiem? Ostrooo. Tego to ja się nie spodziewałam. I jeszcze to ostatnie zdanie...ah! Przyznam się, że od samego początku czekałam na moment kiedy Kaye i Seweryn dowiedzą się, że piszą ze sobą właśnie xd Czemu przerwałaś w takim momencie?! Toż to niewybaczalne, ja chcę poznać reakcję Kaitusia, no!
    Z drugiej strony jedna rzecz mnie niezwykle intryguje, ci tytułowi "Niechciani Bracia"... to będą Kaye i Sew, mam rację? To znaczy, tak mnie się przynajmniej wydaje, mogę się mylić, ale to w sumie byłoby chyba logiczne. No w każdym razie jeśli to Sew jest synem Juliet to by oznaczało, że kiedy rozkwitnie gorący romans pomiędzy Sewem, a Kaye'em, to będzie to romans pomiędzy rodzeństwem...JARAM SIĘ. Dawaj mi tu szybko nowy rozdział, bo nie wytrzymam długo w tej niepewności! xd
    Weny!

    OdpowiedzUsuń
  2. No, no, no... Mi się podobało, nawet bardzo ;D We(ł)ny życzę!

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

SZABLON