sobota, 10 stycznia 2015

Drogi Kurcie Cobainie... rozdział 1 "Zabiliście jego dziewczynę!"

Witam! Mam nadzieję, że czekaliście do 23:59 na ten rozdział! XDTak więc chciałam dodać prolog nowego opowiadania, ale nie jest jeszcze gotowy. Niechciani Bracia mi padają, że tak powiem, więc daję jeszcze inne opowiadanie (yaoi rzecz jasna)! Te trzy opowiadania mają inną tematykę i raz mam wenę na jedno, raz na drugie, raz na trzecie. To opowiadanie pisałam w wakacje, więc może być nieidealne. Nie jest to żadna fantastyka. Plik, w którym mam to zapisane nazywa się "Koncercino B)))))))", więc teraz tytuł wymyślony na biegu. Może ulec zmianie.Co do zmian, to też doszło do mnie, że jednak muszę części NB nazwać rozdziałami. :'|No i jeszcze zaraz dodałam spis postaci, bo naprawdę trudno ich wszystkich ogarnąć. Jeśli ktoś nie chce sobie psuć wymyślonego wyglądu, nie czytajcie.
   Wyszedłem ze szkoły i czekałem na białe auto. Na jednej z ławek siedziała grupka chłopców, którzy raczej do naszej szkoły nie chodzą. Natomiast zielona ławka obok wejścia była okupowana przez grupkę z mojej klasy, która paliła papierosy. Aż dziwne, że jeszcze żaden nauczyciel ich nie złapał. Co chwile coś krzyczeli i się śmiali. Oceniali laski wychodzące ze szkoły co jakiś czas coś do nich wołając. I nie były to raczej komplementy, a zachęty do pozbycia się górnej części ubrań. Po chwili samochód pojawił się w moim polu widzenia.    - Mamusia po ciebie przyjechała, Ludwik? – zaśmiał się jeden z nich.    - Zamknij ryj, kurduplu – prychnąłem. Mam całkowite prawo tak go nazwać. Jestem wyższy od większości chłopaków w klasie. Reszta jest mi równa. Tylko jeden się wyrwał z dwoma metrami. A w moich butach to już w ogóle. Nie ważna jakie glany, zawsze dodadzą centymetrów. Dobrze, że na w-f’ie nie ćwiczę. Ale biegłbym niezwykle szybko. Podniesiesz nogę i dalej już samo ciągnie.    - Jak mnie nazwałeś? – warknął. No błagam… Nudno mu?    - Jesteś też głuchy, metr sześćdziesiąt? – zakpiłem. Może i miał te siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt, no ale musiałem. Sam mam prawie dziewięćdziesiąt. Lekko się zaczerwienił ze złości i wstał. Możesz mi skoczyć. Właściwie i tak nie dosięgniesz.    - Zaraz ci zejdzie ten uśmieszek z twarzy.    - Nie módl się tam! Rezerwacja nam ucieknie! – usłyszałem krzyk z samochodu, który po mnie przyjechał.    - Rozliczymy się innym razem – mruknąłem. Mój przyjaciel pomachał na mnie, a ja zająłem miejsce z przodu. Właściwie to auto jest dwuosobowe, więc innego wyjścia nie ma.    - Musimy jeszcze podjechać po Maksa – westchnąłem. Głupio się czułem z tym, że go tak wykorzystuje. Nie dość, że odwozi mnie cztery dni w tygodniu, a nawet w weekendy gdzieś mnie zabiera, to ja go jeszcze o coś proszę. Jednak gdy zaczynam temat i proponuje dokładanie się do benzyny, to on zbywa mnie „A tam... I tak nie mam co robić. Ja ci czyszczę lodówkę, a ty mi bak.” To akurat prawda. Krist siedzi u nas całymi dniami. Nie chce mu się wracać do domu i kłócić z ojcem, który wciąż każe mu znaleźć prace. Moja matka już powoli rozpatruje adoptowanie go. Za to on, jest na każde nasze zawołanie. Odwozi mnie do domu. Siostrę zabierze od koleżanki. Wszystko.    - Spoko. I skręcił w odpowiednią ulicę. Już po kilku minutach staliśmy pod budynkiem przedszkola.   - Teraz wiedzą, że masz po niego przyjść? – zaśmiał się. Ostatnio moja kochana mama nie poinformowała przedszkola, że to ktoś inny zabierze mojego brata i czekałem godzinę, zanim wszystko się wyjaśniło. Weszliśmy przez oszklone drzwi i skierowaliśmy się do sali. Otworzyliśmy kolejne drzwi. Na jednym z krzeseł siedziała jakaś młoda dziewczyna, która zapewne jest tu nowa. Chyba się trochę przeraziła, gdy nas (a zwłaszcza mnie) zobaczyła. To zapewne przez moje glany, koszulkę z Iron Maiden lub pieszczochy na rękach. Podeszła do nas z lekkim uśmiechem.    - Dzień dobry. Państwo po kogo? – spytała. Państwo? Co my, małżeństwo?
   - Dzień dobry. Po Maksa Scotta. Jak na zawołanie przybiegł mój brat i rzucił się na moją nogę.    - Maks, możesz się już odkleić – mruknąłem do niego.    - Wujek Kirst! – zawołał i przybił żółwika z moim przyjacielem. Przedszkolanka popatrzyła na nas, jak na parę pedofili. Zastanawiam się, czy zadzwoni po policje teraz, czy za minutę    - Dziękujemy, do widzenia – powiedziałem i ruszyłem do wyjścia jak najszybciej. Szybko, zanim dorwie się do telefonu. Usadowiliśmy Maksa na tylnym siedzeniu (a raczej obitym krzesełku), które było umieszczone bokiem i dało się je zawsze otworzyć. Plus dziesięć do bezpieczeństwa. Bez fotelika, a nawet podkładki.    - Jakbyśmy mijali policje, to się schyl, jasne? – rzekł Krist do mojego brata.    Kiedy byliśmy już pod domem, mama zabrała Maksa i podziękowała Kristowi, którego nazwała „wybawcą”. Dała mi dwie dychy i powiedziała, że resztę mam przynieść. Nie sądzę, żeby tej reszty zostało. A pamiętam czasy, kiedy można było bawić się za dwa dolce. Oranżada, gdzie trzeba było oddać butelkę, guma, chipsy, cukierki. Teraz za dwa dolce kupisz chipsy i nic poza tym. Po chwili ruszyliśmy do kina. Było trochę oddalone od mojego domu, więc jechaliśmy dobre pół godziny. Dobrze, że obok kina jest sklep. Nie zamierzam dawać sześciu dolarów za marny popcorn, chyba oszaleli. Kupiliśmy wielką butle coli i dwie paki chipsów. Mamy dokupić nachosy miejscu. Wyrzuciłem z plecaka książki, które trafiły na fotel (przecież nawet nie wszedłem do domu, aby je zostawić), a do środka włożyłem zakupione rzeczy. W kinach często czepiają się, gdy wchodzisz na salę z jedzeniem kupionym gdzie indziej. Zająłem miejsce w przedostatnim rzędzie i czekałem na Krista, który biegnąc, omal nie wylał sosu. Niezdara.    - Nie jemy teraz, dopiero po reklamach – szepnął mi do ucha.
Nie musisz mnie owiewać swym oddechem, stary. Na sali jest może z pięć osób. Czekaliśmy i czekaliśmy. Te reklamy to jakaś niekończąca się opowieść! Zaczęły się pokazywać zwiastuny, które były trochę ciekawsze i dały mi znak, że już wkrótce koniec.    - Musimy na to iść – powiedziałem, gdy zobaczyłem zwiastun jakiegoś horroru. Nienawidzę horrorów, ale ten wydawał się fajny. Większość nastolatków, ogląda je masowo. Dla mnie są zwyczajnie nudne. Gdyby nie ścieżka dźwiękowa, to nie byłby straszne. Zrobiliśmy kiedyś test. Wyłączyliśmy dźwięk oglądając Ring. Skończyło się na tym, że laliśmy ze śmiechu oglądając, jak ta dziewczynka wychodzi ze studni w przyspieszonym tempie. Ja się wręcz popłakałem.    - Stary, jest październik, a od początku roku byliśmy na pięciu. Nie wyrabiam z kasą – pożalił się.    - Ty nie wyrabiasz z kasą? Człowieku, co ja mam powiedzieć? Na ostatnie trzy wydałem całe oszczędności.    - Więc zluzuj i kup sobie coś na DVD.
On mnie nie rozumie.    - Stary musisz iść na ten casting! Przy twoich zdolnościach, na pewno cię przyjmą! – odezwał się mój przyjaciel – A ja nie będę mógł odgonić lasek. „Hej. Słuchasz ich? Mój przyjaciel jest tam gitarzystą. Tak, ten rudy.” Nazywam się Ludwik Scott i cierpię na rzadką chorobę – jestem rudy. Dodatkowo jestem jebnięty do trójkąta szesnastoramiennego, noszę sygnet na serdecznym palcu prawej ręki, mam dziurkę w lewym uchu i chodzę w ciężkich butach. Nie maluje się, nie farbuje włosów, nie mam kolczyków na każdym centymetrze ciała, nie mam tatuażów, nie chodzę w rurkach i nie mam grzywki na bok. Ogółem rzecz biorąc, to nie wyglądam jak pedał (czyt. większość nastolatków, których znam). Za to wyglądam jak debil z moimi rudymi włosami. Bo przecież nie wygolę ich jak każdy rudy, tylko zapuszczę, żeby były za brodę. A jakżeby inaczej?
   - Słuchasz mnie, ciulu? – warknął Krist.    - Słucham. słucham i zastanawiam się, czemu się z tobą przyjaźnie, pederasto. Właśnie jechaliśmy Łupieżem, czyli autem Krista. Czemu Łupież? Bo jest biały i się sypie. Może taki biały to nie jest. Był tydzień temu, jak byliśmy w myjni. Ręcznej rzecz jasna. Udało się nam jakoś złożyć na te pięć złotych.
   - Włącz muzykę! – zakrzyknąłem. Nie myślcie, że w tym aucie jest radio! W snach! Krist ma na tyłach jedno, które wszędzie ze sobą wozi.
   - Ty włącz, ja prowadzę. Sięgnąłem po radio. Przejrzałem kasety, które miał. No nie pogardzę. Jak to dobrze, że słuchamy takiej samej muzyki. Właściwie dzięki temu się poznaliśmy.    Krist wszedł do autobusu z głośno włączoną muzyką i z słuchawkami. Wszyscy popatrzyli na niego jak na debila, bo po co mu słuchawki, jak ich nie używa? Podejrzewałem, że nie włożył ich do końca i nie zauważył, że wszyscy słyszą. Pamiętam dokładnie, słuchał AC/DC. Jakiś facet do niego podszedł i powiedział, żeby przyciszył. I wtedy ja wypowiedziałem słowa „Panie, to jest AC/DC, tego się nie przycisza.” Przez chwilę myślałem, że zesram się ze strachu. Na cholerę to mówiłem? Zaraz gościu mnie posieka na kawałki. Odwrócił się w moją stronę i zlustrował mnie wzrokiem, po czym pokręcił głową z dezaprobatą. Krist szybko podpiął słuchawki do telefonu i jakoś zaczęła się rozmowa. Później zapisałem się do jego liceum (Krist jest o rok starszy). Tam cały czas siedzieliśmy na tarasie, który nasza szkoła miała lub zrywaliśmy się z lekcji, żeby posiedzieć w jakiś kawiarniach. Oto piękna historia naszej przyjaźni.    - Joan Jett! – krzyknąłem i włączyłem. Zwiększyłem głośność i otworzyłem okno. Niech ludzie słuchają dobrej muzyki. Nawet jeśli nie chcą. Jechaliśmy śpiewając. Nasz „śpiew” był okropny i pewnie Joan chętnie by nas zabiła, ale przecież to nie nasza wina, to geny. Nie jesteśmy odpowiedzialni za nasze zachowanie.    - I love rock’n roll! – krzyczeliśmy. Ludzie posyłali nam różne spojrzenia. Jedni rozbawione, a inni stukali się w głowę. Wszystko szło dobrze, dopóki przed nas nie wyjechał czarny jeep. Przecież, to my mamy pierwszeństwo, do cholery. Serce zabiło mi szybciej i doznałem znacznego skoku adrenaliny. Krist nie dał rady wyhamować na tak krótkim odcinku jezdni i, że tak powiem, rozjebaliśmy się. Uderzenie było tak mocne, że o mało się nie udusiłem od pasów, a szatyn walnął w kierownice głową. Czarne auto  było tylko lekko wgniecione, natomiast nasz przód to była już tylko kupa złomu. Została z niego tylko połowa. Wszystko wgniecione lub walające się po drodze. Wyłączyłem muzykę. Krist zjechał na bok, zgasił silnik (który i tak by zdechł) i wysiedliśmy z auta.
   - Kurwa mać! – krzyknął widząc, co zostało z jego auta. Jego kochanego Łupieża, który miał pakę i można było nim przejechać wszędzie. Był jeszcze maksymalnie wygodny i maksymalnie stary. Wyjął ten śmieszny trójkąt i postawił go za autem oglądając przy tym wszystkie uszkodzenia. Z drugiego samochodu wysiadła czwórka chłopaków i jeden, elegancko ubrany mężczyzna. Rozpoznałem ich od razu. To Corpse. Zespół, który właśnie teraz urządza castingi, na które to mój przyjaciel chciał mnie zaciągnąć. Za taki numer, to mogą pomarzyć. Znaczy, pewnie nie marzą, ale wiecie.
   - Co ja pocznę?! Dorobek mojego życia zniszczony! – mój przyjaciel zaczął histeryzować. Ja śmiałem się jednocześnie rozmasowując obojczyki, które mocno dostały od pasów. Wiem, że właśnie przeżywa życiowe załamanie, ale to, że właśnie mieliśmy wypadek, sprawiło, że po prostu pękałem ze śmiechu. Nie wiem czemu, może nadmiar wrażeń?    - Co cię tak cieszy, cioto?! Ciekawe jak wrócisz do domu! – warknął na mnie. Natychmiast spoważniałem. Nie pomyślałem o tym. Mam się tłuc przez pół miasta z moim elektrykiem i piecykiem? To nie jest dobry pomysł. W końcu moja gitara jest strasznie droga, a w zapchanym autobusie już by… Mój elektryk! Jak poparzony otworzyłem drzwi i wyłowiłem moją gitarę, która była za naszymi siedzeniami (wraz z resztą rzeczy). Otworzyłem pokrowiec i prawie zacząłem płakać. Gryf był złamany! Cała gitara do kosza. Przez cały rok, dzień w dzień prosiłem matkę, ojca i dziadka o dolara. Nie kupowałem sobie jedzenia, na które dawała mi pieniądze. Wyglądałem jak chodząca anoreksja. Matka dawała mi podwójne kwoty, a ja wstawałem o godzinę wcześniej, żeby zrobić sobie drugie śniadanie, bo coś by podejrzewała. To był rok katorgi. Chodziłem głodny, nie kupowałem sobie nowych ubrań, bo wolałem oszczędzać na gitarę. Dodatkowo wykorzystałem moje kilkuletnie oszczędności. I dziadek mi pomógł. A teraz?! Mam znów obnażyć swe kości?!    - Panowie, jakoś to załatwimy – odezwał się kierowca.
   - Krist, rozmawiaj z panem. Ja jestem w otchłani rozpaczy, bo właśnie zabito Elizabeth – powiedziałem teatralnie przecierając policzek. Nie płakałem, ale teraz faktycznie jestem w otchłani rozpaczy. Moja kochana Elizabeth! Jak mogli?!    - Właśnie rozwaliliście nam auto i zabiliście jego dziewczynę!  – zaczął wskazując na mnie klęczącego obok zwłok Elizabeth – I to przez brak znajomości przepisów drogowych, a teraz chcecie, abym nie wzywał policji?! To jakieś jaja?!    - Niech pan nas zrozumie, jak ktoś się dowie…
   - Że zabiliście jego ukochaną?! Niech się dowiedzą o tej strasznej zbrodni! Odwrócił się do mnie, dając mi znak, abym już wstał. Wziąłem moją Elizabeth na ręce. Taka piękna, taka niewinna. Została zabita w okropny sposób. Wiedziałem, że lepiej było kupić twardy pokrowiec. Ale czy to wina biednego nastolatka, że jest biedny i nie stać go na twarde pokrowce? No wiecie, one są drogie.
   - Błagam was, to tylko gitara – westchnął jeden z nich, a dokładnie Blaze. Przypomina czarną mambę. Ubrany w czarną, luźną bluzkę i z czarnymi włosami za ramiona. Ble. Dobra, ja jestem rudy, ale przynajmniej miły. A ten to widocznie bezuczuciowy drań. Od dziś Czarna Mamba. Wredna Czarna Mamba bez uczuć. Już go nie lubię.    - Spokojnie, Ludwiku. Oni nie rozumieją waszej miłości – powiedział do mnie mój przyjaciel, kiedy oparłem głowę na jego ramieniu. To musiało śmiesznie wyglądać, on jest niższy, a ja dodatkowo mam swoje glany, które tylko dodają wzrostu. Inny chłopak z zespołu popatrzył na niego karcącym wzrokiem.
   - Zapłacimy z wszystkie szkody – odezwał się chłopak o zielonych włosach. Dobrze go zapamiętałem przez jego czuprynę. W dodatku jego głowa była wygolona po bokach. Naprawdę trudno nie zapamiętać perkusistę, Shavo.    - A wartość sentymentalna? Ja i moje auto byliśmy ze sobą zżyci – przypomniał. I to jak zżyci. Raz pokłócił się z rodzicami i wyjechał na kilka dni. Spał na pace, oglądał filmy na przenośnym telewizorze. Wyjechał sobie na jakieś łąki, ale szybko wrócił, bo było gorąco, a komary robiły sobie z niego obiad.    - Daj sobie już siana. Chyba zrozumieli twoje lamentowanie – szepnąłem mu do ucha i odsunąłem się. Jest strasznie gorąco. W końcu lato (A raczej jesień, ale jaka jesień! Gorąco jak w piekle!), a ja stoję w największym słońcu i w dodatku cały na czarno. Pewnie jest z czterdzieści stopni. Znacie to uczucie, gdy jesteście w czarnych spodniach i czujecie, jakby płonęły wam nogi? Ja mam tak dość często. Schowałem Elizabeth do pokrowca, nie chcę patrzyć na jej zdewastowane ciało.
   - Za wartość sentymentalną też odpłacimy. Naprawimy auto i gitarę. Myślę, że dwie dychy wystarczą jako wartość sentymentalna  – tym razem głos zabrał niejaki Lars. Chłopak z dredami i wiecznym uśmiechem. Uśmiechał się nawet teraz. – wiecie, zaraz mamy casting i nie możemy tu przesiadywać do końca życia.    - Dwie dychy?! No bez żartów.    - Dwadzieścia tysięcy to chyba wystarczająca kwota – wzruszył ramionami. Krist wyraźnie się zaskoczył, jednak zamruczał coś pod nosem, że to prawie nic. Musiał zachować klasę. Dwadzieścia tysięcy. Będziemy balować! Nie dobra, nie wierzę. Pewnie dostaniemy z dwa. Bo dwadzieścia, to chyba za dużo.
Ale mój umysł już widział moje mieszkanie na jakiejś cudownej wyspie. Nadzieja umiera ostatnia. Kiedy ich kierowca dzwonił do jakiejś firmy, żeby przyjechali i zabrali nasze auto, my czekaliśmy smażąc się jak dorodny bekon. Na moich nogach można by zrobić jajecznice.
   - Gdzie mieszkacie? Może was podrzucimy – powiedział Lars. Mój przyjaciel podał mój (no właśnie, mój!) adres i Lars stwierdził, że mają po drodze, dlatego nas podrzucą. Zabrano z moich rąk Elizabeth, a mnie usadowiono na tylnym siedzeniu.    - Jakbyśmy nie mieli nic do roboty – warknęła Czarna Mamba, jednak ja nie zwróciłem na to uwagi. Po mojej lewej był Blaze, a po prawej Krist. Bałem się odezwać. Brrr… Ale w końcu musiało się to stać, ktoś musiał przerwać tę cisze.
   - Długo grasz? – spytał Kirk Allen, basista. Właściwie czemu znam cały ich skład, skoro nawet ich nie słucham? Ah tak, moja siostra jest chorą fanką i wciąż o nich nawija, puszcza ich koncerty i piosenki. Mam nadzieję, że się nawróci. Dopiero po chwili zrozumiałem, że pytanie jest do mnie.    - Jakoś od siedmiu lat? – bardziej zabrzmiało to jak pytanie.    - A ile masz?    - Osiemnaście. Lars zagwizdał. Mam się bać?
   - Wyrywałeś laski już w wieku jedenastu lat – powiedział. Ha ha ha. Zaraz się popłaczę. Ja? Rudy? No chyba kpisz.
   - Jestem rudy. Więc logicznie myśląc, to nie możliwe – odrzekłem. Jedyne laski, którym się podobam, to te które są pijane lub ślepe. Czemu ja jeszcze się nie przefarbowałem?
   - Ja jestem zielony i gram na perkusji. To dopiero kanał – zaśmiał się Shavo. Faktycznie, nikt nie lubi perkusistów. Dobrze, że nie wziąłem się za perkusje. Widzicie to? Rudy perkusista? Okropieństwo. Właściwie to nie są tacy źli (nie mam na myśli Blaze’a). Może bym ich polubił gdyby grali dobrą muzykę i moja młodsza siostra nie molestowałaby moich uszów ich piosenkami.
Chwilę dyskutowali między sobą, po czym Lars znów odwrócił się do nas.    - A jak wam się podoba nasza muzyka? – spytał. Popatrzyłem na Krista porozumiewawczo.    - Nie podoba się – odezwał się. Może to trochę nie grzeczne, ale nie zamierzamy kłamać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

SZABLON