sobota, 17 stycznia 2015

Drogi Kurcie Cobainie... rozdział 2 "W końcu jakie szyny, taka stacja"

Kolejny rozdział. Muszę się zająć porządkowaniem bloga (a raczej zwalić to na Papilio, hehehe). Co do niej, to nowy rozdział ma pojawić się już w bliskiej przyszłości. Wszystko za sprawą moich gróźb.
^^

Popatrzyli po sobie zdziwieni. Tylko Czarna Mamba siedziała spokojnie patrząc przez okno.
   - Wreszcie ktoś to powiedział! – rzekł uradowany Bannetta odgarniając zielone włosy do tyłu.
   - A co wam się nie podoba? – spytał uśmiechnięty Krick.
On wyglądał najnormalniej z nich miał tylko długie, brązowe włosy i tyle. Trochę to podejrzane…
   - Za dużo o śmierci – odezwał się Krist.
   - Za dużo o miłości – dodałem.
   - Bądź o jej braku.
   - Za dużo smutku.
   - I żadnych pozytywnych cech życia.
   - W dodatku jego siostra włącza jedną z waszych piosenek i gwałci replay przez przynajmniej godzinę. Sam świadkiem – powiedział podnosząc rękę do góry. To chyba jakiś gest, który oznaczał, że mówi prawda, ale pewny to ja nie jestem.
   - Dniem, nocą, w domu, w aucie, na wakacjach, kiedy jedzie do szkoły, kiedy w niej jest i kiedy wraca. Ma nawet taki budzik. Wytrzymać się nie da!
Blaze prychnął niczym zła księżniczka. Dobrze, że przynajmniej teraz się nie odzywa, bo i tak słyszę jego głos dwadzieścia cztery na siedem. Najciemniej pod latarnią. Znaczy… W tym przysłowiu chyba chodzi o coś innego, ale kogo to obchodzi.
Zaczęli się śmiać. No ej, to nie jest fajne. Nie mogę żyć. W dodatku Mia (bo tak się zwie ten wybryk natury) narzeka na „jazgot” z mojego pokoju. Ja jej uczę porządnej muzyki, a ona słucha tego ględzenia o śmierci.
   - Blaze pisze piosenki, cóż się dziwić, że takie są. A jak twoja siostra jeszcze puszcza to w kółko, to masz całkowite prawo nienawidzić nas całym sercem – powiedział Lars chichrając się cicho.
   - To tutaj - powiedziałem wskazując na mój dom.
   - Ten żółty? – spytał kierowca.
Nie martw się człowieku, nie stać mnie na taką chawirę, jaką strzelili sobie moi sąsiedzi.
   - Ten biały obok. Ta słoma zamiast dachu to moja posiadłość – westchnąłem udając smutnego, a kilka osób się zaśmiało.
Zjechaliśmy na podjazd. Ja wraz z Kristem wyszliśmy z auta. Pech chciał, że moja mama była właśnie w ogródku. Obcinała krzewy (sądzi, że ojciec nie ma żadnych zdolności manualnych). Co prawda była skryta za jakąś zieleniną, ale tą piłę słychać w odległości kilku kilometrów. Po chwili dźwięk, który nie raz budził mnie w wakacje ustał, a moja rodzicielka podeszła do nas bliżej. Była akurat w szortach i podkoszulce, a rude włosy miała spięte w koka. Miała czterdzieści lat, ale trzymała się bardzo dobrze. Dałbym jej z trzydzieści pięć.
   - Widzę, że przyjechałeś z kolegami – uradowała się – panowie wejdą?
   - Zasadniczo, to musimy już iść… - powiedział Lars.
   - Na pięć minut. Ciasto zrobiłam.
   - Właściwie to chyba nic się nie stanie… - zaczął Shavo i wysiadł z auta.
Za nim Lars, Krick i Blaze. Ten ostatni trochę niechętnie.
 - Pan z przodu się nie dołączy? – spytała kierowcy, który odpowiedział, że jednak zrezygnuje. Idiota, straci takie dobre ciasto.
Weszliśmy do środka. W holu stała moja siostra, która właśnie ubierała buty. No nie mogę powiedzieć, że jest brzydka. Ma rude włosy, które odziedziczyła po matce (tak jak ja). Miała na sobie blado różową sukienkę nad kolana. Jedna z tych w stylu lolitty, czy czegoś tam. Ja się na tych wszystkich stylach. Do tego miała białe zakolanówki. Wyglądała uroczo.
Krist zagwizdał patrząc się na jej zgrabne nogi, a ona dopiero wtedy na nas popatrzyła.
   - Nie gap się na nią, pedofilu – syknąłem do mojego przyjaciela.
Ostatnio Krist zaczął za często na nią spoglądać. Znam mojego przyjaciela i trochę się o nią obawiam. Właściwie obawiam się o wszystko, co jest blisko niego.
   Gdy już cały zespół wszedł do środka, Mie zatkało. Też by mnie zatkało, gdyby do środka wszedł Kurt Cobain. No tym bardziej, że on nie żyje. To podwójny szok. Nie wiesz czy lepiej poprosić o autograf, czy uciekać.
   - To Mia, moja siostra – przedstawiłem ją.
Ona kiwnęła głową na przywitanie i kompletnie zbladła. Możesz mnie wielbić siostrzyczko, że rozjebaliśmy się na ich samochodzie. Tak oto możesz oddychać tym samym powietrzem co oni. Pewnie to cię wręcz podnieca.
Już kierowaliśmy się do kuchni, kiedy coś dostrzegłem.
   - Borze zielony! – przeraziłem się – Idźcie do kuchni, ja muszę tu zamienić słówko – oni poszli do kuchni, a ja popatrzyłem na siostrę zły – Co to jest?! – krzyknąłem wskazując na coś glanopodobnego, co właśnie zakładała na nogi.
   - Glany – powiedziała wzruszając ramionami.
To ja próbuje ją wychować, żeby coś z niej wyrosło, a ona mi takie coś odpala? Czternaście lat poszło na marne?
   - W kwiatki?! W kwiatki?! Czy ty oszalałaś?! Będą mnie przez ciebie na ulicy wytykać! Nie będziesz łazić w tym gównie!
Wziąłem jednego do ręki. Był cały w kwiatkach, z białymi sznurówkami, klejoną podeszwą i jeszcze na zamek. Zabijcie mnie zanim moja siostra sama wpędzi mnie do grobu.
   - Ściągaj je, natychmiast – powiedziałem spokojnie lecz stanowczo.
   - Ale one mi pasują do sukienki! Kosztowały stówę! Nie po to je kupiłam, żeby w nich teraz nie chodzić.
   - Natychmiast bierz jedne z moich i nie pyskuj.  Białe też będą ci pasować. Martensy będą idealne, ale błagam, nie kwiatki – jęknąłem.
Dla mnie glany to rzecz święta i nie mogę patrzeć, jak sieciówki wypuszczają na rynek buty glanopodobne, czasem w jakimś okropnym wzorze lub świecące się jak „psu jaja” i nazywają to glanami!
Nagle jakby spod ziemi wyrósł mój ojciec z moim trzyletnim bratem na rękach i wręczył mi go. Czemu ja zawsze robię za niańkę? Ej, jestem nastolatkiem, powinienem mieć życie towarzyskie.
   - Chłopaki zaraz przyjadą. Wrócę jutro. Kocham was! – i podbiegł do drzwi, lecz po chwili zawrócił – A ty ściągaj te wiechcie z nóg, bo cię wydziedziczę – rzekł do mej siostry, która burknęła coś niezadowolona i zdjęła to… coś.
Nie żebym kazał jej chodzić w glanach dwadzieścia cztery na dobę. Ale jak nosi zwykłe buty, to niech to będą zwykłe buty, a jak glany, to niech to będą glany. Prosta zasada.
Po chwili było już słychać krzyki jego i jego kolegów, kiedy odjeżdżali. Nie chce nic mówić, ale mój ojciec przyjaźni się z bandą hipisów, którzy jeżdżą furgonetką, taką jak ze Scooby Doo. Zza drzwi kuchni wychylił się Lars.
   - Świetnie wyglądasz – przyznał widząc moją siostrę, na co ta spaliła się ze wstydu.
On szybko zniknął w kuchni. Widocznie chciał tylko sprawdzić, co mnie tu zatrzymało.
   - Mam pytanie, mój kochany braciszku. Jakim cudem Corpse jest w naszym domu?!
   - Rozwalili Łupieża, a mama kazała im wejść do środka. Chcesz wejść?
Czemu ja jestem takim dobrym bratem? To niezwykłe, ale lubię moje rodzeństwo, tylko czasami puszczają mi nerwy.
Kiwnęła szybko głową, a ja dałem jej znak, żeby się zachowywała. Weszliśmy przez ciemne drzwi.
   - Który chce ciasta? – spytałem.
Natychmiast ręce Krista, Larsa, Kirka i Shavo uniosły się w górę.
   - Pan „Z Nikim Nie Rozmawiam” nic nie chce? – zwróciłem się do Blaze’a.
Ten zmierzył mnie wzrokiem pełnym jadu. Nie wiem, jak wzrok może być pełny jadu, ale ten taki był.
   - Nie to nie – po tych słowach wzruszyłem ramionami. Postawiłem brata na ziemi – Maks, idź przynieś tą nową koparę. Wujek Krist jeszcze jej nie widział – zwróciłem się do niego, a on szybko pobiegł po zabawkę.
Przy stole siedział zespół wraz z Kristem, natomiast Mia opierała się o jasny blat. Oczywiście cały zespół (prócz tego mrocznego pana na końcu) wgapiał swe ślepia w jej nogi. Mamy je po matce. Wszystkie dziewczyny w szkole mi ich zazdroszczą. Czasem jak tak na nie patrzę, to sam bym się pieprzył, takie są seksowne. W końcu jakie szyny, taka stacja.
   - Jest truskawkowe i śliwkowe. Kto które chce? – spytałem łapiąc za nóż.
Rzeczą jasną było, że Mia jak zwykle zje śliwkowe, a Krist truskawkowe, więc ukroiłem im po kawałku.
   - A które lepsze? – spytał Shavo.
   - Truskawkowe – powiedział mój przyjaciel.
   - Śliwkowe – odparła moja siostra  w tym samym czasie.
   - To ja biorę oba – machnął ręką.
Wszyscy jedli, prócz Blaze’a. A to ponury gość.
   - Na pewno nie chcesz? – spytałem go jeszcze raz.
   - Jest na diecie – odezwał się za niego Shavo jedząc szybko.
On? Na diecie? On jest z nich najchudszy, no błagam. On chce w gorset wejść, czy co?
   - Słyszeliśmy, że molestujesz swego brata naszymi piosenkami – zaczął rozmowę Shavo.
Mia widocznie się zawstydziła, po czym ukradkiem rzuciła mi spojrzenie, które mogłoby spokojnie zabić.
   - Oj zdarzało się – powiedziała machając ręką, jakby była całkiem spokojna.
   - Zdarzało się? To się zdarza o każdej porze dnia i nocy – mruknąłem cicho.
   - Pewnie już nienawidzisz nas podwójnie. Nie dość, że słyszysz nas na okrągło, to jeszcze zniszczyliśmy ci gitarę.
   - Zniszczyli Elizabeth?! – krzyknęła moja siostra zdziwiona.
   - Ej wszyscy tak reagują, gdy ktoś zniszczy ci Elizabeth? – wtrącił cicho Krick.
   - A i owszem – odpowiedział Krist spokojnie.
   - Ale jak ty będziesz grał?! – nie mogła tego pojąć.
Też trudno mi sobie to wyobrazić.
   - Od ojca pożyczę – westchnąłem.
   - Nie znosisz jej przecież.
Och tak. Nie znoszę gitary mojego taty. Używałem jej do zagrania jednego kawałka, bo tylko wtedy się przydaje. Ale to było dawno, teraz staram się zagrać to na mojej. Jest to możliwe, ale trzeba trochę wprawy.
   - Czemu jej nie znosisz? – spytał Krist krojąc sobie kolejny kawałek.
   - Nie ma progów. To wnerwiające.
Mia po jakimś czasie skończyła swoją porcję, pożegnała się i wyszła. Pewnie jarał ją sam fakt przebywania z zespołem w jednym pokoju, ale po prostu tego nie powiedziała. Spaliłbym się ze wstydu, gdyby poprosiła któregoś o autograf, czy coś.
   - Nie wracaj przed dziewiątą! – krzyknąłem za nią.
   - Mogę zostać na noc? – spytał Krist uśmiechając się słodko.
   - No… niby tak. Została tylko mama z Maksem – powiedziałem wzruszając ramionami.
   - A co z resztą?
   - Ojciec pojechał na koncert z kumplami, Mia na jakąś imprezę.
Wszyscy się nam przyglądali. Ludzie, to krępujące.
Nagle weszła moja matka ściągając rękawiczki ogrodowe.
   - Chcecie piwa, czy coś? – spytała – Niby wódka w lodówce, ale na to chyba jeszcze za wcześnie.
Teraz to w nią wlepili zdziwiony wzrok. Ej ludzie! O co wam chodzi?!
   - Ja chcę piwo! – uśmiechnął się Krist, a moja matka natychmiast postawiła przed nim puszkę.
   - Ani słowa rodzicom. Mogę cię później odwieźć, chyba że zostaniesz na noc – odparła uśmiechnięta.
Nagle jakby o czymś sobie przypomniała i wyszła do innego pokoju.
   - Czy mi się wydaję, czy twoja rodzina jest idealna? – odezwał się Shavo z szeroko otworzoną szczęką.
   - Nie wydaje ci się. Ma najlepszych starych na świecie – przyznał mój przyjaciel pijąc zimny napój.
   - I nieodpowiedzialnych. Już ja bardziej nadaję się na rodzica, niż oni – powiedziałem kończąc ciasto.
   - Nie narzekaj, raj na ziemi – odezwał się Lars, a Krick mu zawtórował.  
   - To patrzcie – szepnąłem, kiedy moja mama znów wróciła do kuchni szukając czegoś po szafkach – Mamo mogę iść na koncert? Jest niecałe dwieście kilometrów stąd. Dwadzieścia tysięcy ludzi. Będzie super.
   - Dobra, jedź. Żadnych mocnych narkotyków i nie daj sobie nic dorzucić do piwa, czy coś. I jedź z kimś najlepiej – i wyszła z nożyczkami w ręce.
   - Moja nie pozwalała mi na noszenie koszulek z logami zespołów! Mogę zostać twoim bratem? – zapytał słodko Krick.
   - Większej ilości rodzeństwa nie zniosę – i jak na zawołanie do kuchni wpadł Maks.
Jęknąłem przeciągle.
   - Gdzie kopara? - spytałem
   - Nma.
Wiecie jak trudno zrozumieć dziecko? Ja na szczęście opanowałem tą technikę. Zajęło to trochę czasu, ale jednak.
   - Patrzyłeś wszędzie?
   - Ta – po tym słowie podszedł do mnie niepewnie. Musiał nieźle się wystraszyć. Aż cztery nowe osoby. Wepchnął głowę pod moją rękę i wtulił ją w mój bok. Z natury jest taki nieśmiały. Mia w jego wieku była zupełnie inna. Utrzymać się jej nie dało.
   - Jaki ty jesteś śliczny! – zapiszczał Lars i wyciągnął rękę, żeby pogłaskać go po głowie. Kiedy chłopiec poczuł dotyk na skórze, natychmiast machnął ręką, aby odgonić intruza, jednak nie odczepił się od mojej bluzki.
   - Upa! Upa!
   - Można wiedzieć, co to znaczy? – głos zabrał Krick.
   - Dupa. Sam go tego nauczyłem – odpowiedział mu Krist z dumą.
Moja matka nadal myśli, że to wina ojca, który po prostu się nie przyznaje. Pewnie dalej będzie żyć w tej błogiej nieświadomości.
   - Chcesz zdemoralizować brata? Zadzwoń do Krista!
   - Od razu zdemoralizować – burknął – To ty jesteś nadopiekuńczym starszym bratem.
To nie prawda! No może trochę, ale to chyba normalne, że chce, aby wyszli na ludzi. Mam ich olewać? Moi koledzy całkowicie zlewają swoje rodzeństwo. Wszyscy nawzajem na siebie kablują. A my tu trzymamy sztamę. Nawet młody jest nauczony, czego nie mówić.
Maks wdrapał mi się na kolana i odwrócił się do zespołu tyłem.
   - Dacie radę przyjechać jutro od dziesiątej do wytwórni? Zajmiemy się sprawami finansowymi  – odezwał się Lars kończąc ciasto.
   - Myślę, że tak. Będziemy.
   - Nie chce wam przerywać, ale za dziesięć minut jest casting, a nasz kierowca zapewne smaży się w aucie, więc może pójdziemy – jęknęła Mamba.
Ty to możesz iść w każdej chwili. Nie lubię cię, od kiedy nazwałeś Elizabeth „tylko gitarą”.
   - O cholera! – przeraził się Krick.
   - Dzięki za ciasto. Powiedz mamie, że było zarąbiste. Jeszcze tu wpadnę – powiedział Shavo szybko dokończając drugi kawałek ciasta.
   - Ja też, choćby ze względu na twoją siostrę – zaśmiał się Lars.
Rzuciłem mu spojrzenie, które mogłoby zabić. Oj człowieku, dotknąłeś złego tematu…
   - Nie radzę. Ostatni, który się do niej dobierał, wrócił do domu ze złamaną ręką, nosem i dwoma żebrami – wtrącił mój przyjaciel – Co tu się działo! Po Ludwika policja przyjechała, był nawet w areszcie na jeden dzień.
No bez przesady, nie byłem tak brutalny. Miał te złamania, ale aż tak go nie bolało. Chyba. W końcu stracił na chwilę przytomność. Należało mu się. Był w moim wieku i upił czternastolatkę! W dodatku gdy wchodziłem, to ją rozbierał, a ona praktycznie spała na ścianie.
   - Zapamiętam – powiedział lekko przestraszony Lars.
Po chwili wszyscy wyszli żegnając się, a my z Kristem zaczęliśmy zabawę.
Drogi Kurcie Cobainie, ten dzień był zdecydowanie za długi.

Jeśli ktoś przeczytał, to zapraszam do komentowania. Wiem, że czasem się nie chce, bo co to zmieni i tak dalej. Jadnak od kiedy mam tego bloga, zauważyłam jak wszelkie komentarze (zarówno pozytywne jak i negatywne) zachęcają do pisania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

SZABLON