czwartek, 12 listopada 2015

Drogi Kurcie Cobainie... "Nikt z nas nie umiera jako dziewica. Życie pierdoli nas wszystkich"

TO NIE TAK, ŻE ZAPOMNIAŁAM O DODANIU ROZDZIAŁU NA CZAS!

   - Ciociu, mogę zostać do szesnastej? – spytał słodko Krist.
To, że nazywa moją matkę ciocią, robi się nieco niepokojące. Właściwie nasi rodzice praktycznie się nie znają. Widzieli się kilka razy. W końcu mój ojciec uczy w naszym liceum. Uczy chemii. Dobrze, że mamy jeszcze jednego nauczyciela od tego przedmiotu. Głupio byłoby, żeby uczył mnie mój własny ojciec. Głupio, że mój ojciec uczy w moim liceum. Wie chyba o wszystkich moich zagrożeniach i zerwaniach z lekcji. Dodatkowo może w każdej chwili wziąć dziennik mojej klasy i wszystko posprawdzać. Jedynym plusem jest to, że zawsze mogę do niego iść po pieniądze, jedzenie czy co tam chce. No i nauczyciele trochę ulgowo mnie traktują. To jest wielki plus.
   - Oczywiście, kochanie – A do mnie to tak nie mówi!
Moja mama doskonale wie, że ojciec Krista akurat o szesnastej idzie do pracy, więc cudownie się miną. Mój przyjaciel często przesiaduje u nas do szesnastej, później wraca do domu. Jego ojciec wraca dość późno, więc Krist już wtedy śpi. Jeśli w ten dzień ma wykłady, to na nie idzie. Jeśli nie, to po prostu zabiera mnie ze szkoły i u nas siedzi. Właśnie zaczął pierwszy rok studiów i jest niezwykle zadowolony z tak dużej ilości wolnego czasu. Nie to co ja.
   - Cieszysz się, bądź wyrażasz jakikolwiek entuzjazm? – spytał mnie Lars pochylając się w moją stronę.
Jakoś wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Ojciec rozmawiał z menadżerem przy tym mierząc go swoim przenikliwym wzrokiem. Matka gadała z Kristem o jego studiach. Krick rozmawiał z Blazem, choć trudno to było nazwać rozmową. Mruczeli coś cicho. Jeśli się nie mylę, to rozmawiali o jakieś okładce. Może książki? Nie wiem. Za to Shavo dyskutował z Larsem. Dobrze, że w pomieszczeniu była parzysta liczba osób, bo ja spokojnie mogłem przegrywać z siostrą pokazując papier.
   - Na swój własny i dziwny sposób – powiedziałem z pokerową twarzą, na chwilę zaprzestając grać. Nie wiem, czy kiedykolwiek z nią wygram.
Zielonowłosy parsknął śmiechem.
   - Nie wyglądasz na zbytnio szczęśliwego.
   - Nadal trzymam się tego, że ta muzyka nie jest w moim stylu. Za dużo mroku – wzruszyłem ramionami.
   - Lepiej pisać piosenki o gwałcie, prawda? – powiedziała sarkastycznie Mia.
   - O czym ty mówisz? – niezbyt rozumiałem.
   - Kilka dni temu całą noc słyszałam twoje jęki i gitarę. „Zgwałć mnie. Zgwałć mnie, przyjacielu.” Tak fałszowałeś, że nie mogłam spać. Głosu to ty nie masz – burknęła.
Nie rozumiesz sztuki, młoda niewiasto.
W dodatku robisz mi wstyd. Zapewne Lars i Shavo myślą, że jestem gejem, bo moja siostra źle przekazała tekst.
   - Ty piszesz piosenki? – zdziwił się Lars.
   - Lepiej spytać, czemu pisze o gwałcie – zaśmiał się Shavo.
Jak na znak, Krick, Blaze i Krist obrócili się. Rodzice na szczęście tego nie słyszeli. Ojciec wciąż gadał z menadżerem, a matka robiła rosół dla hipisów.
   - O czym? – spytał Krist.
   - „Zgwałć mnie. Zgwałć mnie, przyjacielu.” – zacytowała Mia.
   - Zamknij się, siostrzyczko – warknąłem.
   - Wiesz Ludwik, dla ciebie wszystko, ale tego się nie podejmę – zażartował Krist.
Krick wyglądał na nieźle zszokowanego. Świetnie. Nazywam się Ludwik i właśnie wszyscy mają mnie za psychopatę-geja.
Moja siostra zaczęła gadać, a ja starałem się jej nie udusić. Mówiła, że w tej piosence chodziło chyba o fałszywą przyjaźń lub o zły świat i inne pierdoły. Zespół jej słuchał z zaciekawieniem. Tylko Czarna Mamba podniósł brwi i miałem wrażenie, że też nie wierzy w te brednie.
Drogi Kurcie, daj mi siłę, żeby jej nie przywalić.
   - Piosenka o gwałcie to piosenka o gwałcie. Nie wymyślaj jakiś z dupy wziętych rzeczy. Nie jestem jakimś artystą, żeby pisać takie przenośnie. To wołania gwałconej dziewczyny. „Będziesz cuchnął i płonął.” Można to tłumaczyć „I tak w końcu dostaniesz za swoje.” Zaraz wracam – powiedziałem i wstałem.
Miałem wielką ochotę uderzyć moją siostrę za te bezsensowne wykłady. Teraz mają mnie za jakiegoś debila.
Wyszedłem z kuchni i ruszyłem na piętro. W żadnym konkretnym celu. Tylko żeby się uspokoić, bo w tym momencie byłem strasznie zły. Bo jakbyście się czuli, gdyby ktoś wyjął na światło dzienne jedną z waszych osobistych rzeczy. To przypomina ten moment, gdy jesteście na spotkaniu rodzinnym, a matka mówi, że już macie zmazy nocne. Czuje się podobnie. Jako muzyk chyba mam prawo grać po nocach. Mia jako siostra muzyka ma obowiązek dotrzymać tajemnicy co i o czym gram.
Wkroczyłem do mojego pokoju i położyłem się na łóżku, tak że nogi wciąż miałem na ziemi. Zacząłem bawić się rogiem kołdry i liczyłem do sześćdziesięciu. Za długie siedzenie tutaj mogło sprawić, że  zaczęliby coś podejrzewać. Jednak liczenie w tym momencie było zbyt trudne i wręcz nie do zrobienia.
Popatrzyłem na sufit. Nad moim łóżkiem była powieszona kartka z napisem „Nikt z nas nie umiera jako dziewica. Życie pierdoli nas wszystkich.” wymalowanym czarną farbą. Nawet było widać smugi grubego pędzla. Przeczytałem napis z lekkim uśmiechem i pomyślałem o tym, że mam dołączyć do tego zespołu. Chyba wybłagam o wepchnięcie kilku wesołych piosenek i będzie dobrze. Właściwie dostałem jakąś szanse. Gram w bardzo sławnym zespole. Zespole, który brzmi jak punk gwałcony przez mocny metal. Dodam tam trochę grugne’u i weselszych nut. Oto mój nowy cel. Może nie zostanie osiągnięty, ale będę próbował. Zapewne tysiące zabiłoby za taką szanse, a dostałem ją ja. Nawet nie poszedłem na ten casting. Muszę to wykorzystać w stu procentach.
Wstałem przypominając sobie, że wszyscy czekają na dole. Zbiegłem po schodach, wszedłem do kuchni i usiadłem na swoim poprzednim miejscu. Menadżer zniknął. Tak samo jak i ojciec.
   - Dobrze, że jesteś. Twoja siostra zabrała mi przyjaciela i czuje się trochę samotny – rzekł Shavo udając smutnego.
   - Po prostu jesteś mniej atrakcyjny – zaśmiał się Lars, który jeszcze przed chwilą wesoło rozmawiał z moją siostra.
   - Co tam im opowiadałaś, niewiasto? – spytałem.
Lekki gniew już prawie całkiem mi przeszedł.
   - No ciekawych rzeczy się dowiadujemy – powiedział Krick z uśmiechem.
Chyba już mi wraca.
   - Mówiłam im tylko o tym jak próbowałeś i nadal próbujesz przerzucić mnie da „dobrą stronę mocy”.
   - Po prostu uważam, że te spódniczki są za krótkie, a buty za wysokie – odparłem.
   - Mi tam się podoba – powiedział Krist zmysłowym (aż ciarki przechodzą) głosem i pogładził rude włosy Mii.
   - Łapy precz, niewyżyty pedofilu – warknąłem i zrzuciłem jego ręce.
   - Krist, związki kazirodcze nie są tutaj dozwolone – powiedziała miło moja mama nalewając rosół do sześciu misek.
   - Wybacz, ciociu. Poczekam aż Mia dorośnie – odrzekł równie miłym głosem.
Na twarzy mojej siostry zakwitł dorodny rumieniec, dlatego szybko zakryła ją dłońmi. Dopiero teraz zauważyłem, że jej paznokcie były pomalowane w pastelowych odcieniach błękitu, różu i fioletu.
   - Krist… - jęknęła moja siostra we własne ręce.
   - Och żartuje, Mia. Tak naprawdę lecę na twojego brata, ale on nie odwzajemnia moich uczuć – westchnął.
Czemu ja przyjaźnie się z tym idiotą? Dobrze, że moja mama właśnie zanosi hipisom zupę.
   - Możesz pomarzyć, geju – powiedziałem pokazując mu język.
   - Udaje takiego niedostępnego – zamruczał. Wstał i stanął obok mnie lekko gładząc moje lewe ramię.
   - Zaraz staniesz się główną postacią piosenki o bolesnej śmierci – warknąłem, ale on tylko się zaśmiał.
Rozmawialiśmy razem jeszcze chwilę. Nawet Blaze wtrącił się kilka razy. Myślę, że po prostu musi się do mnie przyzwyczaić  i zaczniemy normalnie rozmawiać. Zaproponowałem im ciasto. Dziś tylko śliwkowe. Tylko Czarna Mamba odmówił, mówiąc, że już jadł. Gadaliśmy na różne tematy. Nawet zahaczyliśmy o toalety w centrach handlowych. Jednak po jakimś czasie odezwał się Krick:
   - Już dochodzi trzecia. Musimy się zbierać.
   - Ta. To do zobaczenia, El – rzekł Shavo z uśmiechem i już zmierzał do drzwi kuchni.
   - Jaki El? – zapytałem.
El? To mam być ja?
Krick zaśmiał się wraz z Larsem.
   - Wczoraj zapomnieliśmy twojego imienia, i jedyne co pamiętaliśmy to to, że zaczyna się na L. Tak więc mówiliśmy „ten na L”. W końcu samo „L”, aż wyszło „El”. No i chyba już zostaniesz „El”. Oto ta krótka historia – wytłumaczył Lars.
Najgorsze przezwisko, jakie mogli mi stworzyć. Ludzie mówili mi już Rudy, Ron, Ludwig, a nawet Beethoven, ale El to już przesada.
Krist zaśmiał się, zapewne widząc moją minę.
   - Przyzwyczaisz się, El – rzekł zielonowłosy, po czym wszyscy wyszli.
I po minucie już odjeżdżali czarnym autem. Muszę przyznać – są nawet fajni. Nawet mogę powiedzieć, że trochę czekam, aż z nimi zamieszkam.

sobota, 10 października 2015

Drogi Kurcie Cobainie... rozdział 3 "Dobra, dobra! Tylko nie płacz!"

Pamiętacie jak mówiłam, że mam tableta, a na nim dużo opowiadań? Nie, jednak nie. Bo mój tablet się zepsuł. Złośliwość rzeczy martwych. Wszystko przy mnie zdycha po tygodniu i tylko mój telefon dzielnie trzyma się od dobrych trzech lat.
Ale do rzeczy! Po siedmiu miesiącach mój komputer został naprawiony. Znaczy się został naprawiony w dwa dni. Więc postaram się napisać część dalszą Niechcianych Braci. Na początku zupełnie ich nie przemyślałam i wyszło jak wyszło (psst, słabo). Jednak jest osoba, która chyba się w nich zakochała i postaram się napisać to dla niej.
   - Przyjedziecie po mnie? – usłyszałem zapłakany głos Mii w słuchawce.
Właśnie jechaliśmy z moim przyjacielem do wytwórni autem jego ojca.
   - Co się stało? – spytałem. Miała wrócić dopiero jutro.
   - Pokłóciłyśmy się. Stwierdziły, że okłamałam je, że Corpse był u nas w domu i że uważam je idiotki i wciąż powtarzam to za ich plecami, a ja nic takiego nie mówiłam! Powiedziały, że nasza przyjaźń skończona! – rozbeczała się.
   - Nie przejmuj się nimi. Gdzie jesteś?
   - Pod klubem Nico.
   - Zaraz będziemy. Czekaj chwilę.
Szatyn popatrzył na mnie pytająco.
   - Jedź pod Nico. Mia siedzi tam cała zapłakana. Mówiłem, że jej przyjaciółki to idiotki –westchnąłem.
Już po chwili byliśmy na miejscu. Mia usiadła z tyłu ukrywając twarz w dłoniach.
   - Nie martw się nimi, Mia. Przejdzie im – próbowałem ją pocieszyć.
Kiepsko mi to szło.
   - Nie przejdzie! Powiedziały dokładnie. „Jesteś kłamliwą ździrą. Teraz to już przegięłaś. Koniec naszej przyjaźni. Możesz się wynosić.”
A to pizdy. Wymyśliły sobie coś i wyzywają moją siostrę. Niech się cieszą, że mnie tam nie było, bo od razu przyprowadziłbym je do porządku.
   - Walić je. Nie są jedyne na świecie. Pokaż im, że dajesz sobie radę bez nich – odezwał się Krist.
   - One jedyne w klasie, nie uważają mnie za dziwną – wciąż płakała.
   - Ja miałem to samo. Dobrze, że znalazł się debil, który nie umiał włożyć słuchawek. Nie musisz przyjaźnić się z nikim z twojej klasy. Może być  ktoś starszy, młodszy.
   - Ważne, żeby był tak samo nienormalny jak ty – powiedział Krist z uśmiechem.
No to żeś pocieszył.
   - W pozytywnym sensie nienormalny!
Czemu to ja zawsze ratuję sytuacje.
   - Już jesteśmy. Wysiadajcie – odrzekł mój przyjaciel.
Wszyscy wysiedli i weszliśmy do środka. Ten budynek jest ogromny. Ile oni tu mają zespołów? Trzysta?
Szatyn podszedł do recepcji i zapytał się, gdzie mają iść. Poszliśmy tam i czekaliśmy na korytarzu, jak nam kazano. Mia wycierała twarz, a ja wciąż ją pocieszałem. Czekaliśmy dobre pół godziny. Dopiero wtedy z sali 129 wyszedł Lars.
   - Wybaczcie. Żadnego dobrego gitarzysty. Menadżer wpadł w szał – jęknął – Wchodźcie.
Weszliśmy wszyscy. Na środku był długi, szklany stół, a dookoła niego kilkanaście krzeseł. Była też mała tablica i rzutnik.
   - Hej! – przywitali się siedzący przy stole.
Tylko Blaze pisał coś w notesie, a jakiś facet chodził zdenerwowany.
   - Siadajcie.
Tak więc grzecznie usiedliśmy przy wielkim stole. Ej, on jest podświetlany! Jaki bajer!
   - Sorry za czekanie. Jesteśmy w dupie, za przeproszeniem – powiedział Shavo bujając się na krześle.
   - I to jak. Wszyscy dobrzy gitarzyści gdzieś zniknęli – westchnął Krick.
Mia podniosła na nich wzrok.
   - Przecież macie jego – wskazała na mnie z miną, jakby to było oczywiste, że świetnie nadaje się do ich zespołu.
   - Twój brat twierdzi, że ta muzyka nie jest w jego stylu – wtrącił się Krist.
   - A ja myślę, że zwyczajnie tchórzy – odezwał się Blaze nie przerywając pisania.
   - Ja nigdy nie tchórzę! – zdenerwowałem się.
   - Udowodnij, twardzielu – powiedział z kpiną i podniósł na mnie wzrok.
Prychnąłem.
   - Niby po co?
   - Mówiłem, tchórzy – wrócił do notatnika.
   - Przykro mi braciszku, ale to prawda – powiedziała Mia cmokając.
   - Muszę się zgodzić. Chyba zjada cię trema, Scott – zwrócił się do mnie Krist krzyżując ręce na piersi.
No bez jaj! To jakaś zmowa?
   - Po prostu nie widzę w tym większego sensu – wzruszyłem ramionami.
   - Nie, po prostu jesteś kiepski i nie możesz się z tym pogodzić – mruknął Blaze.
   - Posłuchaj mnie ty… - zacząłem.
   - Pokaż co umiesz – powiedział Lars z gitarą w dłoniach.
Niech was wszystkich! Wziąłem gitarę w rękę. Ktoś już ją podłączył. Klasyka będzie najlepsza.
   - Matallica Enter Sandman cover – mruknąłem.
I zacząłem grać. Znam to na pamięć. Nauczyłem się tego, gdy byłem w piątej klasie. Dodałem kilka rzeczy od siebie. Ta gitara miała progi, więc dźwięk, który chciałem uzyskać po przejechaniu palcem wzdłuż struny, nie wyszedł taki idealny, jaki miał być. Gdy mam go grać, to biorę gitarę ojca i tyle. Skończyłem po kilku minutach z wielkim finałem i oddałem gitarą.
   - Bierzmy go! – zapiał Shavo.
   - Zgadzam się – rzekł się Krick.
   - To było tylko po to, by pokazać Czarnej Mambie, że umiem grać. Do nikogo nie dołączam – powiedziałem.
Nagle usłyszałem straszliwy ryk. Okazało się, że to była moja siostra płacze.
   - Najpierw one, a teraz ty! – łkała. – Tak chciałam, żebyś z nimi grał. Nawet nie wiesz, jak mnie ranisz! Dlaczego mi to robisz?!
Co się dzieje?!
   - Mia, nie płacz – spanikowałem i próbowałem ją przytulić.
Ta odepchnęła mnie mocno.
   - Nienawidzę cię! Nie będę się do ciebie odzywać do końca życia! Zostaw mnie!
   - Tak zawieść własną siostrę… - powiedział Krist z dezaprobatą, po czym przytulił nadal płaczącą dziewczynę.
Reszta zespołu pokiwała głowami i mówili coś w stylu „Biedna…”
   - Wy też?!
Nie chcę być w tym zespole. Nie wytrzymałbym jeszcze więcej ich piosenek. W domu i na próbach. Ale chyba jeszcze bardziej nie zniósłbym ryku mojej siostry, ględzenia o straceniu wielkiej szansy i faktycznemu straceniu wielkiej szansy.
   - Biedna Mia. Jak ona się pozbiera? – westchnął szatyn głaszcząc ją po głowie.
   - Dobra, dobra! Tylko nie płacz!
   - Obiecaj, że do nich dołączysz! – prawie krzyknęła.
   - Dobra, obiecuje. Będziesz dalej ryczeć?
Nagle zamilkła i odwróciła się do mnie z dużym uśmiechem. Ona wcale nie płakała! A to żmija!
   - Oszukaliście mnie!
Ona wraz z Kristem zaśmiali się i przybili sobie piątki. Zespół też. Nawet Blaze się lekko uśmiechnął. To dopiero wyczyn.
   - Już obiecałeś. Musisz – zachichotała.
Wiem, że muszę. Mam swój honor. Obiecałem, więc już nie mam wyjścia.
   - Wredna żmija – syknąłem.
   - Oj od razu żmija. Może kobra.
Zrobiłem naburmuszoną minę. Dałem się wykiwać czternastolatce. Jaki ze mnie debil.
   - Masz skończone osiemnaście lat? – odezwał się niski, męski głos. Było to pierwsze zdanie, jakie wypowiedział mężczyzna koło pięćdziesiątki od kiedy tu weszliśmy.
   - To wy tak na poważnie? – jęknąłem.
   - Jak najbardziej – powiedział Krick z uśmiechem.
   - Za dwa miesiąc kończę osiemnaście.
Facet zmarszczył brwi widocznie niezadowolony.
   - Twoi rodzice muszą podpisać umowę.
Ej, ja nie chce być w tym cholernym zespole. Mamo, tato, Maks! Wyobrażacie sobie to? Wracam do domu i gnam na próbę. Później jakieś cholerne trasy koncertowe, więc wiele dni nie ma mnie w domu. Biedny Maks zostanie zaniedbany. Co jeśli moja mama zapomni go nakarmić? Albo zrobić Mii śniadanie? Lub mój tata nie odbierze Maksa z przedszkola?
    - Więc jedziemy do twojego domu – zakrzyknął Shavo, co wyrwało mnie z zamyślenia.
Popatrzyłem z błaganiem w stronę mojej siostry i przyjaciela. Ci wzruszyli ramionami. Zostałem sam.
   - Skończyłem – powiedział nagle Czarna Mamba.
Wstał i podał notes Larsowi. Wszyscy pochylili się i zaczęli czytać.
   - Chodź tu – powiedział Shavo, a ja dopiero po chwili zrozumiałem, że słowa te były kierowane do mnie.
   - Ja? – spytałem niezbyt inteligentnie.
   - Jesteś teraz częścią zespołu, prawda? – wtrącił Lars.
Na szczęście jeszcze nie.
   - Właściwie to… - zacząłem, ale przerwał mi głos Blaze’a.
   - Nie gadaj tylko podejdź.
Wstałem niechętnie i podszedłem do nich. Na kartce był napisany tekst piosenki. O dziwno, była dość wesoła jak na nich.
   - No myślę, że jest dobra – mruknął Lars.
No błagam! Ma błędy.
   - Tak, racja – dodał Krick.
   - Nie jest dobra – odezwałem się, a oni popatrzyli na mnie w tym samym czasie – Nie mówicie mu, co jest źle, bo jest waszym przyjacielem. To że jesteście mili, nie zmieni faktu, że piosenka ma błędy. Na przykład piąty wers, pierwsza zwrotka. Zamiast „nie oglądajcie się w tył” lepiej brzmiałoby „nie oglądajcie się na nas”. Lepiej pasowałoby do muzyki.
   - Do tej piosenki nie ma jeszcze muzyki …– mruknął Krick.
Ups… To ten mój automat, który dodaje nuty gdy tylko widzi tekst.
   - Ale jakby była. Lepsza ilość sylab.
Blaze wziął notes. Skreślił podane zdanie i napisał nowe. Byłem przekonany, że zwyczajnie mnie wyśmieje!
   - Dobra, załatwimy sprawę gitary i auta, a później zajmiemy się piosenką – zarządził Lars.
Jeśli się nie mylę, to on tu jest liderem. Chyba będę musiał wypytać Mie o nich. Prócz nazwisk i pozycji w zespole nic o nich nie wiem.



   Siedzieliśmy wszyscy razem w kuchni. Matka rozmawiała z menadżerem zespołu, Mia siedziała obok mnie i patrzyła na chłopaków jak zahipnotyzowana, Maks spał u siebie, a ojciec i jego koledzy leczyli kaca w salonie. Po chwili mężczyzna wyjął umowę. Moja matka usiadła przy stole i zaczęła czytać.
   - Przeprowadzka? – zdziwiła się.
Ja też się zdziwiłem! Nic mi nie mówiono, o przeprowadzce! Teraz to na pewno Maks będzie po nocach w przedszkolu, a Mia będzie chuda jak narkomanka!
   - Jaka przeprowadzka?! – odezwałem się wstając.
Moja siostra zgromiła mnie wzrokiem i pociągnęła za bluzkę, abym usiadł. Ja jednak się nie poddałem.
   - Mieszkamy razem, tak rodzinnie – zaśmiał się Shavo.
No chyba oszaleliście do reszty. Mam mieszkać z totalnie obcymi ludźmi? Czy ja wyglądam, jakbym właśnie dołączał do jakiegoś pedalskiego boysbandu? Nie ma mowy.
   - Nie martw, się. Każdy ma osobne piętro. Nawet nie będziesz musiał na nas patrzeć. Po prostu jeden budynek i tyle – rzekł widząc moją jeszcze bardziej złą minę.
Mam nadzieje że była zła, a nie był to kolejny wykrzyw ryja bez większego znaczenia.
Właściwie… Jak mam mieć całe piętro dla siebie. Czemu nie? Już widzę te imprezy!
Lekko złagodniałem. A nawet bardzo.
   - Gdzie dokładnie? – spytałem siadając.
Kiedy usłyszałem adres, o mało nie spadłem z krzesła.
   - Przecież to dwieście kilometrów stąd!
   - Przecież nie kazalibyśmy przeprowadzać się trzy domy dalej – burknął Blaze.
Muszę mu przyznać racje (niestety). Mogłem się domyślić.
Dalej już nic nie mówiłem.
   - A co z nauką? – odezwała się moja mama.
Ona jak zwykle o najmniej ważnych rzeczach.
   - Załatwimy mu prywatne nauczanie. Chyba, że woli pani, żeby szedł do szkoły – odpowiedział menadżer.
Matka popatrzyła na mnie pytająco.
   - Szkoła będzie chyba lepsza, prawda? W końcu matura i tak dalej – mruknąłem.
   - To chyba będzie lepszy pomysł. Jak ma jechać w nowe miejsce. Musi mieć jakiś kolegów.
Czytała dalej, a ja wpatrywałem się w kolekcje naszych talerzy. Większość z nich była lekko obita. Były totalnie różne. Jakby wyjęte z kilkunastu innych zestawów.
Matka podpisała papiery ładnym „Marina Scott”.
   - Potrzebujemy też podpis ojca i chłopaka – powiedział mężczyzna.
   - Ej, ale ja nie mam chłopaka – wtrąciłem.
Jak zwykle najpierw mówię, później myślę. Przecież im chodziło o mnie!
   - Nie potrzebujemy podpisu twojego chłopaka, tylko twojego – zaśmiała się.
Mama wstała i poszła do salonu.
   - Kochanie! Chodź do kuchni! – krzyknęła, a ja usłyszałem głośnie przeklinanie mojego ojca i hipisów, których głowa zapewne zabolała niemiłosiernie.
   - Czasem myślę o rozwodzie – jęknął mój ojciec gdy weszli do kuchni, a ona tylko pocałowała go w policzek – Gdzie podpisać?
Menadżer wskazał kilka miejsc. Mój ojciec zapewne nawet nie wiedział, co podpisuje.
   - Mam nadzieję, że to nie jakiś kredyt na pralkę.
   - Ludwik idzie do zespołu i musimy to podpisać.
Tata zmrużył oczy. O nie. Zaraz zacznie się wywód.
   - Za moich czasów to po prostu zbierało się kupę przyjaciół i się grało. Teraz jakieś papiery. Co się dzieje z tym światem?
   - Tato… - szepnęła do niego Mia.
   - Jaki to zespół? – spytał od niechcenia.
   - Corpse – odpowiedział Lars.
   - Ale rockowy, metalowy? Mam przynajmniej pewność, że nie boysband. Ludwik śpiewa jak zarzynana koza.
   - Dzięki tato! – powiedziałem głośno z udawanym szczęściem.
   - Gramy co nam się podoba – rzekł ponownie Lars.
Ojciec znów zmrużył oczy.
   - Widać, że lider.
Dobrze, że na tym skończył! Zawsze mówi, że liderzy „gadają od rzeczy” i że liderem zostaje największy frajer. Gdyby to powiedział, chyba zapadłbym się pod ziemię.
Ojciec zaczął rozmawiać z menadżerem, jak to ma wyglądać, a ja wraz z Mią dyskretnie graliśmy w „Kamień, papier, nożyce” trzymając ręce pod stołem. Póki co wygrywała trzema punktami.

sobota, 5 września 2015

Pokaż kły! Rozdział 1

Dobrze, kilka informacji.
1. Jak wspomniałam w notce z płaszczką, nie mam komputera od lutego i to nie uległo zmianie. Jednak zyskałam tableta i to na razie na nim piszę. Postaram się dodawać rozdziały co około miesiąc.
2. Aktualnie Papilio ma wszystko gdzieś, dlatego też można uznać, że teraz blog należy tylko do mnie. Kontynuacji SFD raczej nie będzie.
3. Pojawi się wiele nowych opowiadań. Nie ma sensu kontynuować tych dodanych wcześniej, ponieważ mam kilkadziesiąt stron na (zepsutym) komputerze. Gdy tylko zostanie naprawiony, dodam kolejne rozdziały.
4. Wszystkie moje opowiadania będą o tematyce yaoi, rzadziej yuri. W najbliższym czasie pojawi się tu fantastyka. Jest też szansa na sci-fi.
5. Możliwe, że niektóre rozdziały tego opowiadania będą pisane z innej perspektywy.
A teraz zapraszam do czytania! ;)


   Moje życie toczyło się normalnie - do pewnego momentu.
Nazywam się Lysander i mam osiemnaście lat. Jestem wysoki, chudy i blady, mam zielone włosy, ubieram się tylko w czarne rzeczy oraz posiadam kolczyka w przegrodzie nosowej. O dziwo jestem dość normalny. Gram na perkusji i śpiewam. Razem z dwójką przyjaciół tworzymy zespół o nazwie Kły i gramy coś, czego nadal nie udało nam się podpiąć pod jakiś gatunek. Występujemy w małych barach, ale naszym celem jest Naama, najlepszy klub w mieście.
Tak właśnie wygląda moje życie. Ucze się, ale gdy tylko wracam do domu, siadam przy garach. Ćwiczę codziennie i nadal mi się nie nudzi. Najchętniej zająłbym się tym zawodowo, ale na to raczej nie mam szans.
   - Lyyysiek! - usłyszałem wesoły głos Eda, który wraz z Marią wszedł do pokoju. Byli jedynymi osobami, które mogły do mnie tak mówić.
Edward jest liderem i gitarzystą w naszym zespole. Wysoki, z nogami, których zazdrości mu każda panna i zawadiackim spojrzeniem. Dziewczyny kleiły się do niego jak muchy, ale on raczej nie poszukiwał stałego związku. Jest zdrowo popierdolony i właśnie to wszyscy w nim kochają.
A Maria? Zupełne przeciwieństwo. Spokojny chłopak, którego rodzice skrzywdzili tym imieniem. Wysoki jak my wszyscy, miał zwykłe czarne włosy i oczy azjaty, jednak jego matka do niczego się nie przyznaje. W sumie strasznie podnieca mnie jego żuchwa i podczas rozmowy wciąż na nią spoglądam.
   - Hm? - mruknąłem wyrwany z zamyślenia.
Edward zajął miejsce na krześle przy biurku i wyciągnął swoje długie nogi przed siebie, a Maria usiadł na łóżku obok mnie.
   - Próba. Czyżbyś zapomniał? - zpytał Maria udając zaskoczonego.
Usiadłem i przetarłem twarz rękami. Byłem nieźle zmęczony po sprzątaniu całego domu, a na dodatek moje dłonie tak okropnie śmierdziały cytrynowym płynem do naczyń.
   - Jeszcze chwilkę, jestem padnięty - jęknąłem.
   - A ja jestem głodny. Idę coś zjeść i zaraz wócę - stwierdził Ed i po prostu zszedł do mojej kuchni.
Bywali u mnie tak często, że nawet nie bawiliśmy się w jakieś pozwolenia. Doskonale wiedzieli gdzie co jest i czy mogą tego używać, czego efektem była moja wiecznie pusta lodówka.
   - Chcemy jutro iść do klubu. Przyjechał brat Eda. Idziesz z nami? - spytał Maria.
Gdy tylko usłyszałem "brat Eda", od razu się ożywiłem.
   Gabriel. Nie wiem co do niego czuje, zależy mi na nim. Może go kocham, nie mam pojęcia. Znam go od pięciu lat, czyli tak długo jak Eda i Marie. Często spotykaliśmy się sami. Uwielbialiśmy chodzić razem do kina. Jednak pół roku temu wyjechał na studia do Danii i kontakt nam się urwał.
Ale teraz wrócił, a ja czułem, że nie będzie więcej okazji, żeby wyznać mu prawdę.
   - Jasne - powiedziałem z lekkim uśmiechem.
   Jeszcze przez kilkanaście minut rozmawialiśmy o błachostkach, po czym postanowiliśmy zejść do garażu, gdzie znajdowała się nasza sala prób. Był on przeznaczony na dwa samochody, lecz moja mama posiadała tylko jeden, dlatego mieściliśmy się tam z całym sprzętem. Po chwili dołączył do nas Ed i rozpoczęła się próba. Już któryś raz graliśmy jedną piosenkę, ale coś nadal nie wychodziło. Jednak lider zespołu szybko znalazł przyczynę.
   - Maria, nie zapierdalaj tak - powiedział Edward przerywając - Ja za tobą nie nadążam, a co dopiero Lysiek.
   - Ej, to brzmi jakbym był jakiś ułomny! - wtrąciłem się, ale oni nie zwrócili na mnie uwagi
   - Dobra postaram się - westchnął Maria.
Spróbowaliśmy jeszcze raz. Wyszło prawie idealnie.
   - Wake up! Make love! Get rock & roll! Let's dance! Dance! Dance! - śpiewałem, a raczej darłem się. Nie zazdroszczę sąsiadom tych codziennych koncertów.


   - Lysander, wstawaj - usłyszałem spokojny głos mojej matki.
Mruknąłem coś pod nosem i jeszcze bardziej nasunąłem kołdrę na głowę.
   - Nie pójdziesz dziś do szkoły, już dzwoniłam do twojej wychowawczyni. Jedziemy na lotnisko, mam niespodziankę - powiedziała, a w jej głosie słyszałem, że jest szczęśliwa.
Uchyliłem niechętnie jedno oko i zobaczyłem, jak wychodzi z pokoju. Skoro ma dobry humor, to nie zamierzam tego psuć, chociażby dla swojego dobra. Wstałem niechętnie i ruszyłem do łazienki.
   Myjąc zęby zastanawiałem się, kto przyjeżdża. Jeśli to wujek Daniel wrócił z Holandii, to chyba popłacze się ze szczęścia. Ma trzydzieści lat, żonę, synka i jest ostro świrnięty. Wciąż jara i gra na gitarze. Jest chyba jedynym krewnym ojca, który nie wypiął na nas dupy. Reszta mnie i matki szczerze nienawidzi, ale nie wujek. Może też dlatego, że jego nienawidzą równie mocno. Błagam, oby to był on!
   Ubierałem się już w pełni przekonany, że to wujek. Założyłem jakiś porozciąganą koszulkę, czarne spodnie i glany. Do tego obroża i pieszczochy. Nastroszyłem trochę moje zielone włosy i wszedłem do kuchni.
   - O nie, nie, nie. Do łazienki i myć mi błoto z tych butów! - odezwała się moja matka.
Westchnąłem ciężko i zdjąłem glany. A tyle się nawiązałem!
   Wsiedliśmy do auta, a moja rodzicielka wciąż powtarzała, że się spóźnimy.
   - Jak kocha to poczeka - powiedziałem, na co ona zaśmiała się cicho.
Jednak nadal była strasznie nerwowa. Jako lekarz nigdy się nie spóźniała i nie było to dla niej naturalne. Ale wujek z pewnością jej to wybaczy. Sam przychodzi zawsze po czasie.
   - Jesteśmy spóźnieni już pół godziny! Lysander, idź na lotnisko, ja poszukam wolnego miejsca!
Wysiadłem z auta i szybko wszedłem do środka budynku. Popatrzyłem na te tłumy ludzi i już pożegnałem się z wizją znalezienia wujka i jego rodziny. Ale może oni znajdą mnie.
Jeszcze bardziej nastroszyłem włosy i objąłem się ramionami. Plułem sobie w brodę, że nie wziąłem płaszcza. Jakim musiałem być idiotą, żeby w lutym wychodzić z gołymi ramionami? Tak jest za każdym razem. Zawsze jest mi albo za zimno, albo za ciepło.
   Po kilkunastu minutach łażenia po lotnisku nie dostrzegłem kapelusza Daniela. Zrezygnowany usiadłem na jedynym wolnym miejscu. Po mojej prawej nikogo nie było, a po lewej siedział jakiś chłopak w moim wieku, może trochę starszy. Miał intensywnie czerwone włosy i walizkę tego samego koloru. Był ubrany w świetną, skórzaną kurtkę, podziurawione spodnie i glany. Widocznie wkurzony, co chwilę patrzył na zegarek w komórce.
Stwierdziłem, że posłucham muzyki. I tak nie mam nic lepszego do roboty. Wyjąłem słuchawki z lewej kieszeni, ale kiedy sięgnąłem do prawej, nie było tam telefonu, a paczka papierosów.
   - Kurwa...
Więc po prostu zacząłem przekładać ją w rękach. Zapaliłbym, ale tuż nad moją głową wisiał zakaz. Matko, jak ja uwielbiam ten ich wiśniowy smak. Na dodatek są całkowicie czarne. Drogie jak cholera, ale jest warto.
   - Lysander, włącz ten cholerny telefon! - usłyszałem znajomy głos.
Leniwie podniosłem głowę i spojrzałem ma matkę.
   - Zostawiłem w domu - mruknąłem.
Popatrzyła na chłopaka siedzącego obok mnie i od razu się rozpromieniła
   - Ale widzę, że się znaleźliście - powiedziała uradowana.
Nagle po prostu go przytuliła. On tego nie odwzajemnił, ale jej to nie przeszkadzało.
   - Co tak długo? - burknął.
   - Wyszliśmy wcześnie, ale na drogach były straszne...
   - Chwila! - przerwałem jej. Wstałem i patrzyłem to na moją matkę, to na nieznajomego. - Kto to jest?!
Kobieta puściła chłopaka i popatrzyła na mnie ze smutkiem.
   - To twój brat.
Brat?
Popatrzyłem na niego mrużąc oczy.
Miałem kiedyś brata, ale z momentem powiedzenia przed sądem, że woli mieszkać z ojcem, stracił ten status. Uznałem go za zdrajcę i nie chciałem z nim rozmawiać, kiedy dzwonił. Po roku on też nie chciał. Był mi bliski, ale po jakimś czasie pogodziłem się ze stratą i nawet zapomniałem, jak wyglądał.
Jednak teraz stał przede mną Olgierd we własnej osobie, a jedyne co rozpoznawałem, to jego ciemne oczy.
   - Jestem jedynakiem - stwierdziłem obojętnym tonem, jednak wcale się tak nie czułem. W gardle pojawiła się gula, trudno było mi cokolwiek powiedzieć.
   - Lysander, nie mów tak!
Zmierzyłem ich morderczym wzrokiem.
   - Przykro mi, po trzynastu latach nie zamierzam rzucać mu się w ramiona - warknąłem.
   - Jesteś tak samo dziecinny, jakim cię zapamiętałem - powiedział czerwonowłosy z kpiącym uśmieszkiem.
   - No popatrz, a ja cię nawet nie zapamiętałem.
Po tych słowach ruszyłem ku wyjściu. Stanąłem pod jakimś murkiem i drżącymi dłońmi wyjąłem papierosa oraz zapalniczkę. Było strasznie zimno, ale starałem się nie zwracać na to uwagi. Warknąłem zły, bo to cholerstwo za nic nie chciało odpalić. Lecz nagle mój papieros zapalił się za sprawą czyjejś zapalniczki. Popatrzyłem w stronę przybysza i zobaczyłem Olgierda.
   - Czego? - warknąłem.
   - O co ci chodzi?
   - No kurwa nie wiem! Może o to, że postanowiłeś sobie po trzynastu latach wrócić!
Starałem się panować nad głosem, jednak pod koniec nieco się złamał. Modliłem się, aby on tego nie wyłapał.
   - Masz za duże mniemanie o sobie. Przyjechałem tu tylko przez studia. Jeśli zarobię wystarczająco dużo, wyprowadzę się za pół roku i dalej będziesz mógł udawać jedynaka. Ale teraz się pospiesz, bo mam kilka spraw do załatwienia.
Nic nie odpowiedziałem. Spokojnie wdychałem wiśniowy zapach i patrzyłem w przestrzeń. Gdy skończyłem, rzuciłem niedopałek na ziemię i zgniotłem butem. Posłusznie ruszyłem za chłopakiem i po chwili znaleźliśmy się przy aucie mojej matki. Pospiesznie usiadłem na przodzie, żeby nie zakosił mi tego miejsca.
   Jechaliśmy z całkowitej ciszy, co zupełnie mi odpowiadało. Jednak mama już po kilku minutach ją przerwała.
   - Chłopcy dziś do nas przyjdą? - spytała mnie.
   - Możliwe, że nie. Idziemy dziś do klubu, więc pewnie spotkamy się dopiero wieczorem - mruknąłem.
   - To świetnie. Możecie iść razem - powiedziała zadowolona ze swojego pomysłu.
   - To bardziej prywatne spotkanie. Przyjechał brat Eda.
Kobieto, wybij to sobie z głowy! Nie będę go wszędzie ciągnął.
   - Przesadzasz. To twój brat. Olgierd, co ty na to?
   - Mów mi Kazu - mruknął oschle.
Gdybym miał takie imię, też bym się wstydził. Ale ja miałem więcej szczęścia niż on.
   - Dobrze. Więc co ty na to, Kazu?
   - Chętnie pójdę z Lyśkiem - powiedział, a ja dokładnie zobaczyłem jego perfidny uśmieszek w bocznym lusterku.
   - Z Lysanderem - poprawiłem go - Ale ja niechętnie cię zabiorę.
Popatrzyłem za okno pochmurnym wzrokiem. Nie chcę go nigdzie brać. To ma być przyjacielskie opicie (i nie tylko) przyjazdu Gabriela. Pewnie będzie siedział jakby miał kij w dupie.
   - Albo jedziesz z nim, albo jedziesz bez pieniędzy.
Przeklnąłem pod nosem i już do końca jazdy nic nie powiedziałem. Muszę mieć coś na alkohol, bo moje oszczędności są już ptrzeznaczone na coś innego.
   Pod domem czekała na nas niespodzianka. Maria i Edward, którzy kulili się z zimna. Kiedy wysiadłem z samochodu, dobiegli do mnie zostawiając gitary przy drzwiach.
   - Ty gnoju! Czekamy tu od pół godziny! W dodatku nie odbierasz telefonu! Co ty sobie wyobrażasz?! - krzyczał Ed.
   - Spokojnie, przecież nic się nie stało - wtrącił stojący obok brunet.
   - Owszem, stało się! Przez ciebie...
   - Byłem na lotnisku i zapomniałem telefonu. Nie rób wielkiej afery - burknąłem otwierając drzwi.
Po przyjeździe Olgierda nie czułem się najlepiej.
   - Po co byłeś na lotnisku? - spytał Maria.
   - Po mojego brata - odpowiedziałem spoglądając do tyłu. - Pogadamy o tym później, to bardziej skąplikowana sprawa. Poczekajcie chwilę.
Szybko wbiegłem na górę i zabrałem z pokoju moją komórkę. Wepchnąłem ją do kieszeni i zszedłem na dół.
   - Ej, poznaj nas czy coś - szepnął Ed widząc jak mój brat targa walizkę.
   - Jeśli chcesz go poznawać, droga wolna - warknąłem i ruszyłem w stronę garażu. - Mamo, otwórz nam! - krzyknąłem.
Drzwi garażu, dzięki mocy pilota, podniosły się do góry. Wszedłem do środka i zająłem miejsce przy perkusji. Zobaczyłem jak Maria wyciąga gitarę z pokrowca i odpowiednio ją podpina. Jednak Eda nie było. Chyba rzeczywiście poszedł poznać Kazu. Nie wiem czemu, ale poczułem zazdrość o przyjaciela.

środa, 8 kwietnia 2015

Nie ma rozdziału, więc dodaje płaszczkę

Tu wasza Mucha! Nie mam komputera od połowy lutego i truję Papilio dupę, żeby dodała posta o moich problemach, ale ona nadal tego nie robi (kajam sie ;-;). Tak więc piszę teraz z jej komputera, bo ja takowego nie posiadam.
Jest jakaś marna możliwość, że napisze one shota na telefonie, a Papilio go doda. Ale na to raczej nie liczcie, bo moim skromnym zdaniem- one shoty to gówno.

Na przeprosiny mała płaszczka- jest urocza.





Papilio również obiecuje ruszyć dupsko i napisać III rozdział Slowly Falling Down.
Zespół Papilio et Fuge pozdrawia!

niedziela, 18 stycznia 2015

Slowly Falling Down II

Awwh, chyba trochę nawaliłam z terminami >____<. Przepraszam wszystkich, którzy tak długo czekali na tą część. Dziękujcie Fuge, która kopnęła mnie w dupsko i zagoniła do pisania.
Jak widzicie akcja rozkręca się coraz bardziej (czytaj; przeszła z tempa wolniejszego w wolne) i zaczyna się pojawiać coraz więcej postaci.
Kończę i czekajcie na następny rozdział <3.



Howon wracał do swojego pustego mieszkania wyczerpany. Dzisiejszy dzień jak zwykle nie przyniósł mu żadnych nowych dowodów co do sprawy morderstwa dziewczyny, a Mały Soo milczał jak zaklęty od tygodnia. Miał już powoli dość tego szurniętego narkomana, który grał z nim w jakąś skomplikowaną grę, której zasady były mu obce. Howon nienawidził nie być wtajemniczony. W dodatku pod koniec dnia dostarczono mu wiadomość, że za niedługo otrzyma nowego partnera, świeżo po egzaminach. To do końca popsuło mu humor.
Szatyn osunął się na kremowy fotel w salonie; nie pofatygował się nawet wstać i zapalić światła. Księżyc mu wystarczał. Siedział w częściowych ciemnościach przez dłuższą chwilę, zanim odezwał się półgłosem.
- Jesteś wyjątkowo nieostrożny, ustawiając się tyłem do źródła światła. –Policjant skierował swój wzrok na podłogę. – Widać twój cień.
- Ale dość niezły jak na siedemnastolatka, prawda? – Howon poczuł, że coś nieprzyjemnie uciska jego krtań. Nić lub coś w tym stylu, zaczynało go dusić, kiedy pochylał się do przodu. Wbił się bardziej w fotel, czekając na dalszy rozwój wypadków.
- Po co tu przyszedłeś? – warknął na tyle, na ile pozwalała mu cienka linka.
Zza fotela wyszedł wysoki, młody chłopak, w potarganej podkoszulce i znoszonych spodniach. Farbowana na jasnofioletowy kolor, który delikatnie błyszczał się pod wpływem światła księżyca, grzywka opadała mu na zmrużone oczy. W ręce trzymał nóż, a na obu dłoniach miał rękawice nabijane ćwiekami i napami. Spojrzał szatynowi prosto w oczy, zanim kucnął przed nim i wbił broń w podłogę. Uśmiechnął się półgębkiem.
- Przyszedłem cię ostrzec. Skończ śledztwo i wypuść chłopaka. To było samobójstwo – oświadczył chłodno.
Howon zacisnął wargi w wąską linię. Zdążyłby kopnąć nieznajomego w żuchwę, zanim sam straciłby przytomność przez podduszenie, czy nie?
- Grozisz mi? – wydusił, próbując się poprawić na siedzeniu.
- Tylko ostrzegam, panie Lee. – Nieznajomy wstał z kucek i wyrwał nóż z podłogi. Obszedł ponownie fotel i skierował się w stronę okna. – Chyba nie chcę pan mnie już zobaczyć, więc nie powiem do widzenia.
Howon usłyszał świst i poczuł, że nic już nie uwiera go w szyję. Nie zdążył jednak dopaść chłopaka z farbowaną grzywką, gdyż ten wyskoczył przez okno.
***
- LEE HOWON!
Krzyk z głębi korytarza jeszcze bardziej działał szatynowi na nerwy. Poluzował krawat i szybkim krokiem udał się w stronę swojego biurka.
- LEE HOWON DO CHOLERY!
Nie, nie do biurka. Ekspres, automat, cokolwiek. Muszę się napić kawy, pomyślał. Głos Minji osiągał już niemożliwą skalę dźwięku.
-Howon! Uderzyłeś świadka! – Drobna dziewczyna weszła między niego a ekspres do kawy. – Zawieszą cię!
- Nie zawieszą, bo powiesz, że zostałem sprowokowany – mruknął, próbując wyminąć policjantkę. Osiemnastoletni host, pofarbowany na platynowy blond był wyjątkowo sarkastycznym bachorem. Nie dość, że policjant brzydził się zawodem chłopca na usługi, co skreślało Oh Sehuna na samym początku, to blondyn od samego początku utrudniał mu przesłuchanie. Howon prychnął z pogardą. No tak, co może obchodzić takiego wyrostka jak on handel narkotykami, kiedy dostaje dwa tysiące zaliczki za jedną klientkę.
- Nie będę kłamać, Howon – postawiła się Minji, popychając szatyna w stronę jego biurka.
- W takim razie Yoongi potwierdzi moją wersję – prychnął Howon, łapiąc równowagę. – Yoongi, zabierz tą wariatkę. Proszę, jej pisk rozsadzi mi zaraz głowę.
Rudzielec stał jednak dalej w drzwiach z założonymi rękami. Patrzył z zażenowaniem na całą tą scenę i uśmiechał się wymuszenie. Po chwili obok niego stanął inny mężczyzna. Jedną z dłoni włożył do kieszeni jeansów, prawą rękę miał na temblaku. Przydługie czarne włosy wychodziły mu spod zgniłozielonej, wełnianej czapki, którą nosił jakby z przyzwyczajenia. Popatrzył na rudego policjanta, który odpowiedział mu spojrzeniem i lekkim skinieniem głowy.
- Od kiedy się tak siłują? – spytał mężczyzna w czapce, wskazując zdrową ręką na Howona, który bezskutecznie próbował przeforsować barierę, w postaci Minji, która dzieliła go od ekspresu.
- Od dobrej chwili – mruknął Yoongi, opierając się o framugę. – Wracasz?
Mężczyzna pokręcił głową i poklepał się po prawym ramieniu.
- Rozumiem – odparł rudzielec cicho. – Howon, - zaczął już głośniej, wskazując na szatyna w czapce.
– Masz gości.
Howon odwrócił się w ułamku sekundy.
Nie był gotowy na spotkanie z Kim Jaejoongiem.
***
- No więc, jak tam śledztwo? – Jaejoong spróbował po raz kolejny nawiązać rozmowę.
- Bez większych sukcesów – uciął Howon.
Wyższy mężczyzna poprawił czapkę. Czuł się gorzej niż wtedy, gdy przekraczał próg budynku policji po raz pierwszy. Wziął głęboki oddech i spojrzał w przestrzeń.
- Howon, to nie twoja wina, że… -zaczął.
- Że zostawiłem cię w środku budynku pełnego gangsterów, przez co zostałeś okaleczony do tego stopnia, że nie możesz już wrócić do służby? Jaejoong błagam, nie próbuj mnie przekonywać, że to nie moja wina. Jestem parszywym tchórzem i… - Monolog przerwało mu mocne uderzenie w twarz. Howon momentalnie złapał się za policzek, który nieprzyjemnie pulsował z bólu. Popatrzył z wyrzutem na starszego kolegę, który wystawił mu język.
- Nie biję się policjanta na służbie. – Howon próbował powstrzymać cisnący się mu na usta uśmiech.
- Nie prowokuje się policjantów, nawet po służbie – odparł Jaejoong. – Nie jesteś mi nic winny. Ale ja tobie tak. – Widząc, że szatyn otwiera usta, spojrzał na niego karcąco. – Posłuchaj, to dotyczy sprawy.
***
Howon wrócił do domu po północy. Kiedyś witała go Krystal, w swoim granatowym szlafroku, z kubkiem herbaty w dłoni. Nie spała do późna, czekała na niego nawet do rana. Odkąd jednak się wyprowadziła, naprzeciw wychodziła mu tylko cisza.
Rzucił marynarkę w kąt pokoju, zdjął buty. Ciągle jeszcze przetwarzał to, co powiedział mu Jaejoong. Że to nie było samobójstwo, tylko zaplanowane zabójstwo, które miało posłużyć pewnej grupie przestępczej, w dotarciu do pewnych osób. Jaejoong miał już podobną sprawę parę lat temu- gang zabił cały blok w pożarze, żeby znaleźć jednego dilera. Na szczęście zdążyli wsadzić za kratki całą bandę. No, prawie całą. Nie złapano tylko jednego członka.
Nazywali go Chirurgiem, bo przez dłuższą chwilę zajmował się handlem organami. Przynajmniej tak mówili ludzie. Ile w tym prawdy, nie wiadomo. Jaejoong poradził, żeby zaczął szukać po klubach oferujących usługi hostów, bo ostatnim razem też się tam kręcił. Howon miał nadzieje, że nie będzie musiał już więcej współpracować z Oh Sehunem, jednak los miał jak zwykle inne plany. Minji obdzwoniła też swoje koleżanki, Yoongi również niechętnie wykonał parę telefonów, głównie do swoich byłych dziewczyn. Zebrała się całkiem pokaźna lista chłopaków, która chciała sobie dorobić do pensji, bez wiedzy właścicieli lokalu. Rudzielec obiecał uzupełnić ją na następny dzień o dane z bazy.
Howon wiedział, że musi się też zastanowić, co zrobi z Myungsoo.
Zwłaszcza, że teraz leży zakrwawiony na jego nowym, białym dywanie.
***
Pierwsze promienie słońca przebiły się przez chmury nad miastem. Myungsoo z cichym jękiem obudził się ze snu. Pomacał przestrzeń dookoła niego. Coś miękkiego. Pościel. Otworzył jedno oko. To nie była cela, w której spędził ostatnie parę nocy. To było czyjeś mieszkanie. Otworzył drugie oko. Leżał na brzuchu, co zawężało jego pole widzenia do pościeli, łóżka i kawałka pokoju. Brunet spróbował się obrócić na plecy i od razu poczuł tępy ból w lewej łopatce. Próbował przewrócić się na prawy bok, jednak ktoś go powstrzymał.
- Leż tak, jak leżysz.
Brunet nerwowo przełknął ślinę. Pamiętał, że wczoraj wypuszczono go za kaucją- nikt nie powiedział mu kto ani dlaczego zapłacił pokaźną sumkę, za jego wolność. Potem poszedł do Nory się naćpać, ale wcześniej wstąpił jeszcze do Nany- dziewczyna dała mu czyste ubranie oraz trochę grosza. Zachowywała się przy tym jakby zaraz ktoś miał wpakować jej kulkę w łeb. Myungsoo zmrużył oczy próbując sobie przypomnieć coś, co mogłoby zwrócić jego uwagę, w zapleśniałym sklepie dziewczyny. Nowa dostawa. Pojemnik z cukierkami na ladzie. Muzyka sącząca się z radia. Uchylone drzwi na zaplecze. Brak kija z haczykiem, którego używała do zdejmowania bluzek powieszonych wyżej.
Brak kija z haczykiem.
Kij z haczykiem…
Kij…
Zanim czyjaś dłoń zdążyła powstrzymać go przed zmianą pozycji, Myungsoo zerwał się z łóżka. Wtedy ktoś zaczął strzelać. Szatyn upadł na ziemię, co nie spotkało się z aprobatą jego łopatki. Próbował się podnieść jednak ktoś skutecznie przyszpilił go ręką do podłogi.
- Mówiłem ci żebyś się nie ruszał – syknął właściciel dłoni. Myungsoo znał ten głos, ale w życiu nie przypuszczał, że trafił do mieszkania Lee Howona.
- Daj mi broń szmaciarzu. – Brunet z wysiłkiem obrócił głowę w stronę policjanta. – Poradzę sobie tu sam. Ty weź kumpli i idźcie szukać Cha Haekyeona. Słyszysz? Cha. Haekyeon – wydusił.
Po chwili usłyszał odgłos przeładowania pistoletu i broń znalazła się w jego ręce.
- Osłaniaj mnie.
Myungsoo podniósł się do pozycji siedzącej i oparł się o szafkę nocną. Strzały wpadały przez duże okno, kilka metrów od niego, podziurawiły już firanki i całą ścianę naprzeciwko. Brunet zamknął oczy.
Dach bloku, po lewej stronie. Mężczyzna i kobieta. Strzela mężczyzna. Jest bezwietrznie, na zewnątrz 20 stopni. Niech to cholera weźmie.
Na dach można się dostać stąd dostać na dwa sposoby- po sznurku na pranie, który ciągnie się z okna obok i po rynnie, jeśli w odpowiednim momencie urwą się wszystkie śruby od wysokości 4 piętra. Pieprzyć to.
Kobieta ma dwadzieścia lat, mężczyzna niewiele więcej. Kobieta boi się widoku krwi. Mężczyznę w dzieciństwie bił ojciec. Ma sine pręgi na żebrach, blizny na placach, krwiaki na lewym udzie.
Bingo.
Myungsoo szybko wstał. Kątem oka widział jak Howon zabiera kluczyki od samochodu i biegnie w stronę wyjścia. Podbiegł do okna, oparł się plecami o ścianę. Poczuł jak rana na jego plecach otworzyła się. Koszulka zaczęła mu nasiąkać ciepłą krwią.
Złapał broń w obie dłonie, obrócił się i popatrzył w oczy mężczyźnie stojącemu na dachu. Oddał trzy strzały, po czym zemdlał z bólu.

sobota, 17 stycznia 2015

Drogi Kurcie Cobainie... rozdział 2 "W końcu jakie szyny, taka stacja"

Kolejny rozdział. Muszę się zająć porządkowaniem bloga (a raczej zwalić to na Papilio, hehehe). Co do niej, to nowy rozdział ma pojawić się już w bliskiej przyszłości. Wszystko za sprawą moich gróźb.
^^

Popatrzyli po sobie zdziwieni. Tylko Czarna Mamba siedziała spokojnie patrząc przez okno.
   - Wreszcie ktoś to powiedział! – rzekł uradowany Bannetta odgarniając zielone włosy do tyłu.
   - A co wam się nie podoba? – spytał uśmiechnięty Krick.
On wyglądał najnormalniej z nich miał tylko długie, brązowe włosy i tyle. Trochę to podejrzane…
   - Za dużo o śmierci – odezwał się Krist.
   - Za dużo o miłości – dodałem.
   - Bądź o jej braku.
   - Za dużo smutku.
   - I żadnych pozytywnych cech życia.
   - W dodatku jego siostra włącza jedną z waszych piosenek i gwałci replay przez przynajmniej godzinę. Sam świadkiem – powiedział podnosząc rękę do góry. To chyba jakiś gest, który oznaczał, że mówi prawda, ale pewny to ja nie jestem.
   - Dniem, nocą, w domu, w aucie, na wakacjach, kiedy jedzie do szkoły, kiedy w niej jest i kiedy wraca. Ma nawet taki budzik. Wytrzymać się nie da!
Blaze prychnął niczym zła księżniczka. Dobrze, że przynajmniej teraz się nie odzywa, bo i tak słyszę jego głos dwadzieścia cztery na siedem. Najciemniej pod latarnią. Znaczy… W tym przysłowiu chyba chodzi o coś innego, ale kogo to obchodzi.
Zaczęli się śmiać. No ej, to nie jest fajne. Nie mogę żyć. W dodatku Mia (bo tak się zwie ten wybryk natury) narzeka na „jazgot” z mojego pokoju. Ja jej uczę porządnej muzyki, a ona słucha tego ględzenia o śmierci.
   - Blaze pisze piosenki, cóż się dziwić, że takie są. A jak twoja siostra jeszcze puszcza to w kółko, to masz całkowite prawo nienawidzić nas całym sercem – powiedział Lars chichrając się cicho.
   - To tutaj - powiedziałem wskazując na mój dom.
   - Ten żółty? – spytał kierowca.
Nie martw się człowieku, nie stać mnie na taką chawirę, jaką strzelili sobie moi sąsiedzi.
   - Ten biały obok. Ta słoma zamiast dachu to moja posiadłość – westchnąłem udając smutnego, a kilka osób się zaśmiało.
Zjechaliśmy na podjazd. Ja wraz z Kristem wyszliśmy z auta. Pech chciał, że moja mama była właśnie w ogródku. Obcinała krzewy (sądzi, że ojciec nie ma żadnych zdolności manualnych). Co prawda była skryta za jakąś zieleniną, ale tą piłę słychać w odległości kilku kilometrów. Po chwili dźwięk, który nie raz budził mnie w wakacje ustał, a moja rodzicielka podeszła do nas bliżej. Była akurat w szortach i podkoszulce, a rude włosy miała spięte w koka. Miała czterdzieści lat, ale trzymała się bardzo dobrze. Dałbym jej z trzydzieści pięć.
   - Widzę, że przyjechałeś z kolegami – uradowała się – panowie wejdą?
   - Zasadniczo, to musimy już iść… - powiedział Lars.
   - Na pięć minut. Ciasto zrobiłam.
   - Właściwie to chyba nic się nie stanie… - zaczął Shavo i wysiadł z auta.
Za nim Lars, Krick i Blaze. Ten ostatni trochę niechętnie.
 - Pan z przodu się nie dołączy? – spytała kierowcy, który odpowiedział, że jednak zrezygnuje. Idiota, straci takie dobre ciasto.
Weszliśmy do środka. W holu stała moja siostra, która właśnie ubierała buty. No nie mogę powiedzieć, że jest brzydka. Ma rude włosy, które odziedziczyła po matce (tak jak ja). Miała na sobie blado różową sukienkę nad kolana. Jedna z tych w stylu lolitty, czy czegoś tam. Ja się na tych wszystkich stylach. Do tego miała białe zakolanówki. Wyglądała uroczo.
Krist zagwizdał patrząc się na jej zgrabne nogi, a ona dopiero wtedy na nas popatrzyła.
   - Nie gap się na nią, pedofilu – syknąłem do mojego przyjaciela.
Ostatnio Krist zaczął za często na nią spoglądać. Znam mojego przyjaciela i trochę się o nią obawiam. Właściwie obawiam się o wszystko, co jest blisko niego.
   Gdy już cały zespół wszedł do środka, Mie zatkało. Też by mnie zatkało, gdyby do środka wszedł Kurt Cobain. No tym bardziej, że on nie żyje. To podwójny szok. Nie wiesz czy lepiej poprosić o autograf, czy uciekać.
   - To Mia, moja siostra – przedstawiłem ją.
Ona kiwnęła głową na przywitanie i kompletnie zbladła. Możesz mnie wielbić siostrzyczko, że rozjebaliśmy się na ich samochodzie. Tak oto możesz oddychać tym samym powietrzem co oni. Pewnie to cię wręcz podnieca.
Już kierowaliśmy się do kuchni, kiedy coś dostrzegłem.
   - Borze zielony! – przeraziłem się – Idźcie do kuchni, ja muszę tu zamienić słówko – oni poszli do kuchni, a ja popatrzyłem na siostrę zły – Co to jest?! – krzyknąłem wskazując na coś glanopodobnego, co właśnie zakładała na nogi.
   - Glany – powiedziała wzruszając ramionami.
To ja próbuje ją wychować, żeby coś z niej wyrosło, a ona mi takie coś odpala? Czternaście lat poszło na marne?
   - W kwiatki?! W kwiatki?! Czy ty oszalałaś?! Będą mnie przez ciebie na ulicy wytykać! Nie będziesz łazić w tym gównie!
Wziąłem jednego do ręki. Był cały w kwiatkach, z białymi sznurówkami, klejoną podeszwą i jeszcze na zamek. Zabijcie mnie zanim moja siostra sama wpędzi mnie do grobu.
   - Ściągaj je, natychmiast – powiedziałem spokojnie lecz stanowczo.
   - Ale one mi pasują do sukienki! Kosztowały stówę! Nie po to je kupiłam, żeby w nich teraz nie chodzić.
   - Natychmiast bierz jedne z moich i nie pyskuj.  Białe też będą ci pasować. Martensy będą idealne, ale błagam, nie kwiatki – jęknąłem.
Dla mnie glany to rzecz święta i nie mogę patrzeć, jak sieciówki wypuszczają na rynek buty glanopodobne, czasem w jakimś okropnym wzorze lub świecące się jak „psu jaja” i nazywają to glanami!
Nagle jakby spod ziemi wyrósł mój ojciec z moim trzyletnim bratem na rękach i wręczył mi go. Czemu ja zawsze robię za niańkę? Ej, jestem nastolatkiem, powinienem mieć życie towarzyskie.
   - Chłopaki zaraz przyjadą. Wrócę jutro. Kocham was! – i podbiegł do drzwi, lecz po chwili zawrócił – A ty ściągaj te wiechcie z nóg, bo cię wydziedziczę – rzekł do mej siostry, która burknęła coś niezadowolona i zdjęła to… coś.
Nie żebym kazał jej chodzić w glanach dwadzieścia cztery na dobę. Ale jak nosi zwykłe buty, to niech to będą zwykłe buty, a jak glany, to niech to będą glany. Prosta zasada.
Po chwili było już słychać krzyki jego i jego kolegów, kiedy odjeżdżali. Nie chce nic mówić, ale mój ojciec przyjaźni się z bandą hipisów, którzy jeżdżą furgonetką, taką jak ze Scooby Doo. Zza drzwi kuchni wychylił się Lars.
   - Świetnie wyglądasz – przyznał widząc moją siostrę, na co ta spaliła się ze wstydu.
On szybko zniknął w kuchni. Widocznie chciał tylko sprawdzić, co mnie tu zatrzymało.
   - Mam pytanie, mój kochany braciszku. Jakim cudem Corpse jest w naszym domu?!
   - Rozwalili Łupieża, a mama kazała im wejść do środka. Chcesz wejść?
Czemu ja jestem takim dobrym bratem? To niezwykłe, ale lubię moje rodzeństwo, tylko czasami puszczają mi nerwy.
Kiwnęła szybko głową, a ja dałem jej znak, żeby się zachowywała. Weszliśmy przez ciemne drzwi.
   - Który chce ciasta? – spytałem.
Natychmiast ręce Krista, Larsa, Kirka i Shavo uniosły się w górę.
   - Pan „Z Nikim Nie Rozmawiam” nic nie chce? – zwróciłem się do Blaze’a.
Ten zmierzył mnie wzrokiem pełnym jadu. Nie wiem, jak wzrok może być pełny jadu, ale ten taki był.
   - Nie to nie – po tych słowach wzruszyłem ramionami. Postawiłem brata na ziemi – Maks, idź przynieś tą nową koparę. Wujek Krist jeszcze jej nie widział – zwróciłem się do niego, a on szybko pobiegł po zabawkę.
Przy stole siedział zespół wraz z Kristem, natomiast Mia opierała się o jasny blat. Oczywiście cały zespół (prócz tego mrocznego pana na końcu) wgapiał swe ślepia w jej nogi. Mamy je po matce. Wszystkie dziewczyny w szkole mi ich zazdroszczą. Czasem jak tak na nie patrzę, to sam bym się pieprzył, takie są seksowne. W końcu jakie szyny, taka stacja.
   - Jest truskawkowe i śliwkowe. Kto które chce? – spytałem łapiąc za nóż.
Rzeczą jasną było, że Mia jak zwykle zje śliwkowe, a Krist truskawkowe, więc ukroiłem im po kawałku.
   - A które lepsze? – spytał Shavo.
   - Truskawkowe – powiedział mój przyjaciel.
   - Śliwkowe – odparła moja siostra  w tym samym czasie.
   - To ja biorę oba – machnął ręką.
Wszyscy jedli, prócz Blaze’a. A to ponury gość.
   - Na pewno nie chcesz? – spytałem go jeszcze raz.
   - Jest na diecie – odezwał się za niego Shavo jedząc szybko.
On? Na diecie? On jest z nich najchudszy, no błagam. On chce w gorset wejść, czy co?
   - Słyszeliśmy, że molestujesz swego brata naszymi piosenkami – zaczął rozmowę Shavo.
Mia widocznie się zawstydziła, po czym ukradkiem rzuciła mi spojrzenie, które mogłoby spokojnie zabić.
   - Oj zdarzało się – powiedziała machając ręką, jakby była całkiem spokojna.
   - Zdarzało się? To się zdarza o każdej porze dnia i nocy – mruknąłem cicho.
   - Pewnie już nienawidzisz nas podwójnie. Nie dość, że słyszysz nas na okrągło, to jeszcze zniszczyliśmy ci gitarę.
   - Zniszczyli Elizabeth?! – krzyknęła moja siostra zdziwiona.
   - Ej wszyscy tak reagują, gdy ktoś zniszczy ci Elizabeth? – wtrącił cicho Krick.
   - A i owszem – odpowiedział Krist spokojnie.
   - Ale jak ty będziesz grał?! – nie mogła tego pojąć.
Też trudno mi sobie to wyobrazić.
   - Od ojca pożyczę – westchnąłem.
   - Nie znosisz jej przecież.
Och tak. Nie znoszę gitary mojego taty. Używałem jej do zagrania jednego kawałka, bo tylko wtedy się przydaje. Ale to było dawno, teraz staram się zagrać to na mojej. Jest to możliwe, ale trzeba trochę wprawy.
   - Czemu jej nie znosisz? – spytał Krist krojąc sobie kolejny kawałek.
   - Nie ma progów. To wnerwiające.
Mia po jakimś czasie skończyła swoją porcję, pożegnała się i wyszła. Pewnie jarał ją sam fakt przebywania z zespołem w jednym pokoju, ale po prostu tego nie powiedziała. Spaliłbym się ze wstydu, gdyby poprosiła któregoś o autograf, czy coś.
   - Nie wracaj przed dziewiątą! – krzyknąłem za nią.
   - Mogę zostać na noc? – spytał Krist uśmiechając się słodko.
   - No… niby tak. Została tylko mama z Maksem – powiedziałem wzruszając ramionami.
   - A co z resztą?
   - Ojciec pojechał na koncert z kumplami, Mia na jakąś imprezę.
Wszyscy się nam przyglądali. Ludzie, to krępujące.
Nagle weszła moja matka ściągając rękawiczki ogrodowe.
   - Chcecie piwa, czy coś? – spytała – Niby wódka w lodówce, ale na to chyba jeszcze za wcześnie.
Teraz to w nią wlepili zdziwiony wzrok. Ej ludzie! O co wam chodzi?!
   - Ja chcę piwo! – uśmiechnął się Krist, a moja matka natychmiast postawiła przed nim puszkę.
   - Ani słowa rodzicom. Mogę cię później odwieźć, chyba że zostaniesz na noc – odparła uśmiechnięta.
Nagle jakby o czymś sobie przypomniała i wyszła do innego pokoju.
   - Czy mi się wydaję, czy twoja rodzina jest idealna? – odezwał się Shavo z szeroko otworzoną szczęką.
   - Nie wydaje ci się. Ma najlepszych starych na świecie – przyznał mój przyjaciel pijąc zimny napój.
   - I nieodpowiedzialnych. Już ja bardziej nadaję się na rodzica, niż oni – powiedziałem kończąc ciasto.
   - Nie narzekaj, raj na ziemi – odezwał się Lars, a Krick mu zawtórował.  
   - To patrzcie – szepnąłem, kiedy moja mama znów wróciła do kuchni szukając czegoś po szafkach – Mamo mogę iść na koncert? Jest niecałe dwieście kilometrów stąd. Dwadzieścia tysięcy ludzi. Będzie super.
   - Dobra, jedź. Żadnych mocnych narkotyków i nie daj sobie nic dorzucić do piwa, czy coś. I jedź z kimś najlepiej – i wyszła z nożyczkami w ręce.
   - Moja nie pozwalała mi na noszenie koszulek z logami zespołów! Mogę zostać twoim bratem? – zapytał słodko Krick.
   - Większej ilości rodzeństwa nie zniosę – i jak na zawołanie do kuchni wpadł Maks.
Jęknąłem przeciągle.
   - Gdzie kopara? - spytałem
   - Nma.
Wiecie jak trudno zrozumieć dziecko? Ja na szczęście opanowałem tą technikę. Zajęło to trochę czasu, ale jednak.
   - Patrzyłeś wszędzie?
   - Ta – po tym słowie podszedł do mnie niepewnie. Musiał nieźle się wystraszyć. Aż cztery nowe osoby. Wepchnął głowę pod moją rękę i wtulił ją w mój bok. Z natury jest taki nieśmiały. Mia w jego wieku była zupełnie inna. Utrzymać się jej nie dało.
   - Jaki ty jesteś śliczny! – zapiszczał Lars i wyciągnął rękę, żeby pogłaskać go po głowie. Kiedy chłopiec poczuł dotyk na skórze, natychmiast machnął ręką, aby odgonić intruza, jednak nie odczepił się od mojej bluzki.
   - Upa! Upa!
   - Można wiedzieć, co to znaczy? – głos zabrał Krick.
   - Dupa. Sam go tego nauczyłem – odpowiedział mu Krist z dumą.
Moja matka nadal myśli, że to wina ojca, który po prostu się nie przyznaje. Pewnie dalej będzie żyć w tej błogiej nieświadomości.
   - Chcesz zdemoralizować brata? Zadzwoń do Krista!
   - Od razu zdemoralizować – burknął – To ty jesteś nadopiekuńczym starszym bratem.
To nie prawda! No może trochę, ale to chyba normalne, że chce, aby wyszli na ludzi. Mam ich olewać? Moi koledzy całkowicie zlewają swoje rodzeństwo. Wszyscy nawzajem na siebie kablują. A my tu trzymamy sztamę. Nawet młody jest nauczony, czego nie mówić.
Maks wdrapał mi się na kolana i odwrócił się do zespołu tyłem.
   - Dacie radę przyjechać jutro od dziesiątej do wytwórni? Zajmiemy się sprawami finansowymi  – odezwał się Lars kończąc ciasto.
   - Myślę, że tak. Będziemy.
   - Nie chce wam przerywać, ale za dziesięć minut jest casting, a nasz kierowca zapewne smaży się w aucie, więc może pójdziemy – jęknęła Mamba.
Ty to możesz iść w każdej chwili. Nie lubię cię, od kiedy nazwałeś Elizabeth „tylko gitarą”.
   - O cholera! – przeraził się Krick.
   - Dzięki za ciasto. Powiedz mamie, że było zarąbiste. Jeszcze tu wpadnę – powiedział Shavo szybko dokończając drugi kawałek ciasta.
   - Ja też, choćby ze względu na twoją siostrę – zaśmiał się Lars.
Rzuciłem mu spojrzenie, które mogłoby zabić. Oj człowieku, dotknąłeś złego tematu…
   - Nie radzę. Ostatni, który się do niej dobierał, wrócił do domu ze złamaną ręką, nosem i dwoma żebrami – wtrącił mój przyjaciel – Co tu się działo! Po Ludwika policja przyjechała, był nawet w areszcie na jeden dzień.
No bez przesady, nie byłem tak brutalny. Miał te złamania, ale aż tak go nie bolało. Chyba. W końcu stracił na chwilę przytomność. Należało mu się. Był w moim wieku i upił czternastolatkę! W dodatku gdy wchodziłem, to ją rozbierał, a ona praktycznie spała na ścianie.
   - Zapamiętam – powiedział lekko przestraszony Lars.
Po chwili wszyscy wyszli żegnając się, a my z Kristem zaczęliśmy zabawę.
Drogi Kurcie Cobainie, ten dzień był zdecydowanie za długi.

Jeśli ktoś przeczytał, to zapraszam do komentowania. Wiem, że czasem się nie chce, bo co to zmieni i tak dalej. Jadnak od kiedy mam tego bloga, zauważyłam jak wszelkie komentarze (zarówno pozytywne jak i negatywne) zachęcają do pisania.

sobota, 10 stycznia 2015

Drogi Kurcie Cobainie... rozdział 1 "Zabiliście jego dziewczynę!"

Witam! Mam nadzieję, że czekaliście do 23:59 na ten rozdział! XDTak więc chciałam dodać prolog nowego opowiadania, ale nie jest jeszcze gotowy. Niechciani Bracia mi padają, że tak powiem, więc daję jeszcze inne opowiadanie (yaoi rzecz jasna)! Te trzy opowiadania mają inną tematykę i raz mam wenę na jedno, raz na drugie, raz na trzecie. To opowiadanie pisałam w wakacje, więc może być nieidealne. Nie jest to żadna fantastyka. Plik, w którym mam to zapisane nazywa się "Koncercino B)))))))", więc teraz tytuł wymyślony na biegu. Może ulec zmianie.Co do zmian, to też doszło do mnie, że jednak muszę części NB nazwać rozdziałami. :'|No i jeszcze zaraz dodałam spis postaci, bo naprawdę trudno ich wszystkich ogarnąć. Jeśli ktoś nie chce sobie psuć wymyślonego wyglądu, nie czytajcie.
   Wyszedłem ze szkoły i czekałem na białe auto. Na jednej z ławek siedziała grupka chłopców, którzy raczej do naszej szkoły nie chodzą. Natomiast zielona ławka obok wejścia była okupowana przez grupkę z mojej klasy, która paliła papierosy. Aż dziwne, że jeszcze żaden nauczyciel ich nie złapał. Co chwile coś krzyczeli i się śmiali. Oceniali laski wychodzące ze szkoły co jakiś czas coś do nich wołając. I nie były to raczej komplementy, a zachęty do pozbycia się górnej części ubrań. Po chwili samochód pojawił się w moim polu widzenia.    - Mamusia po ciebie przyjechała, Ludwik? – zaśmiał się jeden z nich.    - Zamknij ryj, kurduplu – prychnąłem. Mam całkowite prawo tak go nazwać. Jestem wyższy od większości chłopaków w klasie. Reszta jest mi równa. Tylko jeden się wyrwał z dwoma metrami. A w moich butach to już w ogóle. Nie ważna jakie glany, zawsze dodadzą centymetrów. Dobrze, że na w-f’ie nie ćwiczę. Ale biegłbym niezwykle szybko. Podniesiesz nogę i dalej już samo ciągnie.    - Jak mnie nazwałeś? – warknął. No błagam… Nudno mu?    - Jesteś też głuchy, metr sześćdziesiąt? – zakpiłem. Może i miał te siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt, no ale musiałem. Sam mam prawie dziewięćdziesiąt. Lekko się zaczerwienił ze złości i wstał. Możesz mi skoczyć. Właściwie i tak nie dosięgniesz.    - Zaraz ci zejdzie ten uśmieszek z twarzy.    - Nie módl się tam! Rezerwacja nam ucieknie! – usłyszałem krzyk z samochodu, który po mnie przyjechał.    - Rozliczymy się innym razem – mruknąłem. Mój przyjaciel pomachał na mnie, a ja zająłem miejsce z przodu. Właściwie to auto jest dwuosobowe, więc innego wyjścia nie ma.    - Musimy jeszcze podjechać po Maksa – westchnąłem. Głupio się czułem z tym, że go tak wykorzystuje. Nie dość, że odwozi mnie cztery dni w tygodniu, a nawet w weekendy gdzieś mnie zabiera, to ja go jeszcze o coś proszę. Jednak gdy zaczynam temat i proponuje dokładanie się do benzyny, to on zbywa mnie „A tam... I tak nie mam co robić. Ja ci czyszczę lodówkę, a ty mi bak.” To akurat prawda. Krist siedzi u nas całymi dniami. Nie chce mu się wracać do domu i kłócić z ojcem, który wciąż każe mu znaleźć prace. Moja matka już powoli rozpatruje adoptowanie go. Za to on, jest na każde nasze zawołanie. Odwozi mnie do domu. Siostrę zabierze od koleżanki. Wszystko.    - Spoko. I skręcił w odpowiednią ulicę. Już po kilku minutach staliśmy pod budynkiem przedszkola.   - Teraz wiedzą, że masz po niego przyjść? – zaśmiał się. Ostatnio moja kochana mama nie poinformowała przedszkola, że to ktoś inny zabierze mojego brata i czekałem godzinę, zanim wszystko się wyjaśniło. Weszliśmy przez oszklone drzwi i skierowaliśmy się do sali. Otworzyliśmy kolejne drzwi. Na jednym z krzeseł siedziała jakaś młoda dziewczyna, która zapewne jest tu nowa. Chyba się trochę przeraziła, gdy nas (a zwłaszcza mnie) zobaczyła. To zapewne przez moje glany, koszulkę z Iron Maiden lub pieszczochy na rękach. Podeszła do nas z lekkim uśmiechem.    - Dzień dobry. Państwo po kogo? – spytała. Państwo? Co my, małżeństwo?
   - Dzień dobry. Po Maksa Scotta. Jak na zawołanie przybiegł mój brat i rzucił się na moją nogę.    - Maks, możesz się już odkleić – mruknąłem do niego.    - Wujek Kirst! – zawołał i przybił żółwika z moim przyjacielem. Przedszkolanka popatrzyła na nas, jak na parę pedofili. Zastanawiam się, czy zadzwoni po policje teraz, czy za minutę    - Dziękujemy, do widzenia – powiedziałem i ruszyłem do wyjścia jak najszybciej. Szybko, zanim dorwie się do telefonu. Usadowiliśmy Maksa na tylnym siedzeniu (a raczej obitym krzesełku), które było umieszczone bokiem i dało się je zawsze otworzyć. Plus dziesięć do bezpieczeństwa. Bez fotelika, a nawet podkładki.    - Jakbyśmy mijali policje, to się schyl, jasne? – rzekł Krist do mojego brata.    Kiedy byliśmy już pod domem, mama zabrała Maksa i podziękowała Kristowi, którego nazwała „wybawcą”. Dała mi dwie dychy i powiedziała, że resztę mam przynieść. Nie sądzę, żeby tej reszty zostało. A pamiętam czasy, kiedy można było bawić się za dwa dolce. Oranżada, gdzie trzeba było oddać butelkę, guma, chipsy, cukierki. Teraz za dwa dolce kupisz chipsy i nic poza tym. Po chwili ruszyliśmy do kina. Było trochę oddalone od mojego domu, więc jechaliśmy dobre pół godziny. Dobrze, że obok kina jest sklep. Nie zamierzam dawać sześciu dolarów za marny popcorn, chyba oszaleli. Kupiliśmy wielką butle coli i dwie paki chipsów. Mamy dokupić nachosy miejscu. Wyrzuciłem z plecaka książki, które trafiły na fotel (przecież nawet nie wszedłem do domu, aby je zostawić), a do środka włożyłem zakupione rzeczy. W kinach często czepiają się, gdy wchodzisz na salę z jedzeniem kupionym gdzie indziej. Zająłem miejsce w przedostatnim rzędzie i czekałem na Krista, który biegnąc, omal nie wylał sosu. Niezdara.    - Nie jemy teraz, dopiero po reklamach – szepnął mi do ucha.
Nie musisz mnie owiewać swym oddechem, stary. Na sali jest może z pięć osób. Czekaliśmy i czekaliśmy. Te reklamy to jakaś niekończąca się opowieść! Zaczęły się pokazywać zwiastuny, które były trochę ciekawsze i dały mi znak, że już wkrótce koniec.    - Musimy na to iść – powiedziałem, gdy zobaczyłem zwiastun jakiegoś horroru. Nienawidzę horrorów, ale ten wydawał się fajny. Większość nastolatków, ogląda je masowo. Dla mnie są zwyczajnie nudne. Gdyby nie ścieżka dźwiękowa, to nie byłby straszne. Zrobiliśmy kiedyś test. Wyłączyliśmy dźwięk oglądając Ring. Skończyło się na tym, że laliśmy ze śmiechu oglądając, jak ta dziewczynka wychodzi ze studni w przyspieszonym tempie. Ja się wręcz popłakałem.    - Stary, jest październik, a od początku roku byliśmy na pięciu. Nie wyrabiam z kasą – pożalił się.    - Ty nie wyrabiasz z kasą? Człowieku, co ja mam powiedzieć? Na ostatnie trzy wydałem całe oszczędności.    - Więc zluzuj i kup sobie coś na DVD.
On mnie nie rozumie.    - Stary musisz iść na ten casting! Przy twoich zdolnościach, na pewno cię przyjmą! – odezwał się mój przyjaciel – A ja nie będę mógł odgonić lasek. „Hej. Słuchasz ich? Mój przyjaciel jest tam gitarzystą. Tak, ten rudy.” Nazywam się Ludwik Scott i cierpię na rzadką chorobę – jestem rudy. Dodatkowo jestem jebnięty do trójkąta szesnastoramiennego, noszę sygnet na serdecznym palcu prawej ręki, mam dziurkę w lewym uchu i chodzę w ciężkich butach. Nie maluje się, nie farbuje włosów, nie mam kolczyków na każdym centymetrze ciała, nie mam tatuażów, nie chodzę w rurkach i nie mam grzywki na bok. Ogółem rzecz biorąc, to nie wyglądam jak pedał (czyt. większość nastolatków, których znam). Za to wyglądam jak debil z moimi rudymi włosami. Bo przecież nie wygolę ich jak każdy rudy, tylko zapuszczę, żeby były za brodę. A jakżeby inaczej?
   - Słuchasz mnie, ciulu? – warknął Krist.    - Słucham. słucham i zastanawiam się, czemu się z tobą przyjaźnie, pederasto. Właśnie jechaliśmy Łupieżem, czyli autem Krista. Czemu Łupież? Bo jest biały i się sypie. Może taki biały to nie jest. Był tydzień temu, jak byliśmy w myjni. Ręcznej rzecz jasna. Udało się nam jakoś złożyć na te pięć złotych.
   - Włącz muzykę! – zakrzyknąłem. Nie myślcie, że w tym aucie jest radio! W snach! Krist ma na tyłach jedno, które wszędzie ze sobą wozi.
   - Ty włącz, ja prowadzę. Sięgnąłem po radio. Przejrzałem kasety, które miał. No nie pogardzę. Jak to dobrze, że słuchamy takiej samej muzyki. Właściwie dzięki temu się poznaliśmy.    Krist wszedł do autobusu z głośno włączoną muzyką i z słuchawkami. Wszyscy popatrzyli na niego jak na debila, bo po co mu słuchawki, jak ich nie używa? Podejrzewałem, że nie włożył ich do końca i nie zauważył, że wszyscy słyszą. Pamiętam dokładnie, słuchał AC/DC. Jakiś facet do niego podszedł i powiedział, żeby przyciszył. I wtedy ja wypowiedziałem słowa „Panie, to jest AC/DC, tego się nie przycisza.” Przez chwilę myślałem, że zesram się ze strachu. Na cholerę to mówiłem? Zaraz gościu mnie posieka na kawałki. Odwrócił się w moją stronę i zlustrował mnie wzrokiem, po czym pokręcił głową z dezaprobatą. Krist szybko podpiął słuchawki do telefonu i jakoś zaczęła się rozmowa. Później zapisałem się do jego liceum (Krist jest o rok starszy). Tam cały czas siedzieliśmy na tarasie, który nasza szkoła miała lub zrywaliśmy się z lekcji, żeby posiedzieć w jakiś kawiarniach. Oto piękna historia naszej przyjaźni.    - Joan Jett! – krzyknąłem i włączyłem. Zwiększyłem głośność i otworzyłem okno. Niech ludzie słuchają dobrej muzyki. Nawet jeśli nie chcą. Jechaliśmy śpiewając. Nasz „śpiew” był okropny i pewnie Joan chętnie by nas zabiła, ale przecież to nie nasza wina, to geny. Nie jesteśmy odpowiedzialni za nasze zachowanie.    - I love rock’n roll! – krzyczeliśmy. Ludzie posyłali nam różne spojrzenia. Jedni rozbawione, a inni stukali się w głowę. Wszystko szło dobrze, dopóki przed nas nie wyjechał czarny jeep. Przecież, to my mamy pierwszeństwo, do cholery. Serce zabiło mi szybciej i doznałem znacznego skoku adrenaliny. Krist nie dał rady wyhamować na tak krótkim odcinku jezdni i, że tak powiem, rozjebaliśmy się. Uderzenie było tak mocne, że o mało się nie udusiłem od pasów, a szatyn walnął w kierownice głową. Czarne auto  było tylko lekko wgniecione, natomiast nasz przód to była już tylko kupa złomu. Została z niego tylko połowa. Wszystko wgniecione lub walające się po drodze. Wyłączyłem muzykę. Krist zjechał na bok, zgasił silnik (który i tak by zdechł) i wysiedliśmy z auta.
   - Kurwa mać! – krzyknął widząc, co zostało z jego auta. Jego kochanego Łupieża, który miał pakę i można było nim przejechać wszędzie. Był jeszcze maksymalnie wygodny i maksymalnie stary. Wyjął ten śmieszny trójkąt i postawił go za autem oglądając przy tym wszystkie uszkodzenia. Z drugiego samochodu wysiadła czwórka chłopaków i jeden, elegancko ubrany mężczyzna. Rozpoznałem ich od razu. To Corpse. Zespół, który właśnie teraz urządza castingi, na które to mój przyjaciel chciał mnie zaciągnąć. Za taki numer, to mogą pomarzyć. Znaczy, pewnie nie marzą, ale wiecie.
   - Co ja pocznę?! Dorobek mojego życia zniszczony! – mój przyjaciel zaczął histeryzować. Ja śmiałem się jednocześnie rozmasowując obojczyki, które mocno dostały od pasów. Wiem, że właśnie przeżywa życiowe załamanie, ale to, że właśnie mieliśmy wypadek, sprawiło, że po prostu pękałem ze śmiechu. Nie wiem czemu, może nadmiar wrażeń?    - Co cię tak cieszy, cioto?! Ciekawe jak wrócisz do domu! – warknął na mnie. Natychmiast spoważniałem. Nie pomyślałem o tym. Mam się tłuc przez pół miasta z moim elektrykiem i piecykiem? To nie jest dobry pomysł. W końcu moja gitara jest strasznie droga, a w zapchanym autobusie już by… Mój elektryk! Jak poparzony otworzyłem drzwi i wyłowiłem moją gitarę, która była za naszymi siedzeniami (wraz z resztą rzeczy). Otworzyłem pokrowiec i prawie zacząłem płakać. Gryf był złamany! Cała gitara do kosza. Przez cały rok, dzień w dzień prosiłem matkę, ojca i dziadka o dolara. Nie kupowałem sobie jedzenia, na które dawała mi pieniądze. Wyglądałem jak chodząca anoreksja. Matka dawała mi podwójne kwoty, a ja wstawałem o godzinę wcześniej, żeby zrobić sobie drugie śniadanie, bo coś by podejrzewała. To był rok katorgi. Chodziłem głodny, nie kupowałem sobie nowych ubrań, bo wolałem oszczędzać na gitarę. Dodatkowo wykorzystałem moje kilkuletnie oszczędności. I dziadek mi pomógł. A teraz?! Mam znów obnażyć swe kości?!    - Panowie, jakoś to załatwimy – odezwał się kierowca.
   - Krist, rozmawiaj z panem. Ja jestem w otchłani rozpaczy, bo właśnie zabito Elizabeth – powiedziałem teatralnie przecierając policzek. Nie płakałem, ale teraz faktycznie jestem w otchłani rozpaczy. Moja kochana Elizabeth! Jak mogli?!    - Właśnie rozwaliliście nam auto i zabiliście jego dziewczynę!  – zaczął wskazując na mnie klęczącego obok zwłok Elizabeth – I to przez brak znajomości przepisów drogowych, a teraz chcecie, abym nie wzywał policji?! To jakieś jaja?!    - Niech pan nas zrozumie, jak ktoś się dowie…
   - Że zabiliście jego ukochaną?! Niech się dowiedzą o tej strasznej zbrodni! Odwrócił się do mnie, dając mi znak, abym już wstał. Wziąłem moją Elizabeth na ręce. Taka piękna, taka niewinna. Została zabita w okropny sposób. Wiedziałem, że lepiej było kupić twardy pokrowiec. Ale czy to wina biednego nastolatka, że jest biedny i nie stać go na twarde pokrowce? No wiecie, one są drogie.
   - Błagam was, to tylko gitara – westchnął jeden z nich, a dokładnie Blaze. Przypomina czarną mambę. Ubrany w czarną, luźną bluzkę i z czarnymi włosami za ramiona. Ble. Dobra, ja jestem rudy, ale przynajmniej miły. A ten to widocznie bezuczuciowy drań. Od dziś Czarna Mamba. Wredna Czarna Mamba bez uczuć. Już go nie lubię.    - Spokojnie, Ludwiku. Oni nie rozumieją waszej miłości – powiedział do mnie mój przyjaciel, kiedy oparłem głowę na jego ramieniu. To musiało śmiesznie wyglądać, on jest niższy, a ja dodatkowo mam swoje glany, które tylko dodają wzrostu. Inny chłopak z zespołu popatrzył na niego karcącym wzrokiem.
   - Zapłacimy z wszystkie szkody – odezwał się chłopak o zielonych włosach. Dobrze go zapamiętałem przez jego czuprynę. W dodatku jego głowa była wygolona po bokach. Naprawdę trudno nie zapamiętać perkusistę, Shavo.    - A wartość sentymentalna? Ja i moje auto byliśmy ze sobą zżyci – przypomniał. I to jak zżyci. Raz pokłócił się z rodzicami i wyjechał na kilka dni. Spał na pace, oglądał filmy na przenośnym telewizorze. Wyjechał sobie na jakieś łąki, ale szybko wrócił, bo było gorąco, a komary robiły sobie z niego obiad.    - Daj sobie już siana. Chyba zrozumieli twoje lamentowanie – szepnąłem mu do ucha i odsunąłem się. Jest strasznie gorąco. W końcu lato (A raczej jesień, ale jaka jesień! Gorąco jak w piekle!), a ja stoję w największym słońcu i w dodatku cały na czarno. Pewnie jest z czterdzieści stopni. Znacie to uczucie, gdy jesteście w czarnych spodniach i czujecie, jakby płonęły wam nogi? Ja mam tak dość często. Schowałem Elizabeth do pokrowca, nie chcę patrzyć na jej zdewastowane ciało.
   - Za wartość sentymentalną też odpłacimy. Naprawimy auto i gitarę. Myślę, że dwie dychy wystarczą jako wartość sentymentalna  – tym razem głos zabrał niejaki Lars. Chłopak z dredami i wiecznym uśmiechem. Uśmiechał się nawet teraz. – wiecie, zaraz mamy casting i nie możemy tu przesiadywać do końca życia.    - Dwie dychy?! No bez żartów.    - Dwadzieścia tysięcy to chyba wystarczająca kwota – wzruszył ramionami. Krist wyraźnie się zaskoczył, jednak zamruczał coś pod nosem, że to prawie nic. Musiał zachować klasę. Dwadzieścia tysięcy. Będziemy balować! Nie dobra, nie wierzę. Pewnie dostaniemy z dwa. Bo dwadzieścia, to chyba za dużo.
Ale mój umysł już widział moje mieszkanie na jakiejś cudownej wyspie. Nadzieja umiera ostatnia. Kiedy ich kierowca dzwonił do jakiejś firmy, żeby przyjechali i zabrali nasze auto, my czekaliśmy smażąc się jak dorodny bekon. Na moich nogach można by zrobić jajecznice.
   - Gdzie mieszkacie? Może was podrzucimy – powiedział Lars. Mój przyjaciel podał mój (no właśnie, mój!) adres i Lars stwierdził, że mają po drodze, dlatego nas podrzucą. Zabrano z moich rąk Elizabeth, a mnie usadowiono na tylnym siedzeniu.    - Jakbyśmy nie mieli nic do roboty – warknęła Czarna Mamba, jednak ja nie zwróciłem na to uwagi. Po mojej lewej był Blaze, a po prawej Krist. Bałem się odezwać. Brrr… Ale w końcu musiało się to stać, ktoś musiał przerwać tę cisze.
   - Długo grasz? – spytał Kirk Allen, basista. Właściwie czemu znam cały ich skład, skoro nawet ich nie słucham? Ah tak, moja siostra jest chorą fanką i wciąż o nich nawija, puszcza ich koncerty i piosenki. Mam nadzieję, że się nawróci. Dopiero po chwili zrozumiałem, że pytanie jest do mnie.    - Jakoś od siedmiu lat? – bardziej zabrzmiało to jak pytanie.    - A ile masz?    - Osiemnaście. Lars zagwizdał. Mam się bać?
   - Wyrywałeś laski już w wieku jedenastu lat – powiedział. Ha ha ha. Zaraz się popłaczę. Ja? Rudy? No chyba kpisz.
   - Jestem rudy. Więc logicznie myśląc, to nie możliwe – odrzekłem. Jedyne laski, którym się podobam, to te które są pijane lub ślepe. Czemu ja jeszcze się nie przefarbowałem?
   - Ja jestem zielony i gram na perkusji. To dopiero kanał – zaśmiał się Shavo. Faktycznie, nikt nie lubi perkusistów. Dobrze, że nie wziąłem się za perkusje. Widzicie to? Rudy perkusista? Okropieństwo. Właściwie to nie są tacy źli (nie mam na myśli Blaze’a). Może bym ich polubił gdyby grali dobrą muzykę i moja młodsza siostra nie molestowałaby moich uszów ich piosenkami.
Chwilę dyskutowali między sobą, po czym Lars znów odwrócił się do nas.    - A jak wam się podoba nasza muzyka? – spytał. Popatrzyłem na Krista porozumiewawczo.    - Nie podoba się – odezwał się. Może to trochę nie grzeczne, ale nie zamierzamy kłamać.

Obserwatorzy

SZABLON