Awwh, chyba trochę nawaliłam z terminami >____<. Przepraszam wszystkich, którzy tak długo czekali na tą część. Dziękujcie Fuge, która kopnęła mnie w dupsko i zagoniła do pisania.
Jak widzicie akcja rozkręca się coraz bardziej (czytaj; przeszła z tempa wolniejszego w wolne) i zaczyna się pojawiać coraz więcej postaci.
Kończę i czekajcie na następny rozdział <3.
Howon wracał do swojego pustego mieszkania wyczerpany. Dzisiejszy dzień jak zwykle nie przyniósł mu żadnych nowych dowodów co do sprawy morderstwa dziewczyny, a Mały Soo milczał jak zaklęty od tygodnia. Miał już powoli dość tego szurniętego narkomana, który grał z nim w jakąś skomplikowaną grę, której zasady były mu obce. Howon nienawidził nie być wtajemniczony. W dodatku pod koniec dnia dostarczono mu wiadomość, że za niedługo otrzyma nowego partnera, świeżo po egzaminach. To do końca popsuło mu humor.
Szatyn osunął się na kremowy fotel w salonie; nie pofatygował się nawet wstać i zapalić światła. Księżyc mu wystarczał. Siedział w częściowych ciemnościach przez dłuższą chwilę, zanim odezwał się półgłosem.
- Jesteś wyjątkowo nieostrożny, ustawiając się tyłem do źródła światła. –Policjant skierował swój wzrok na podłogę. – Widać twój cień.
- Ale dość niezły jak na siedemnastolatka, prawda? – Howon poczuł, że coś nieprzyjemnie uciska jego krtań. Nić lub coś w tym stylu, zaczynało go dusić, kiedy pochylał się do przodu. Wbił się bardziej w fotel, czekając na dalszy rozwój wypadków.
- Po co tu przyszedłeś? – warknął na tyle, na ile pozwalała mu cienka linka.
Zza fotela wyszedł wysoki, młody chłopak, w potarganej podkoszulce i znoszonych spodniach. Farbowana na jasnofioletowy kolor, który delikatnie błyszczał się pod wpływem światła księżyca, grzywka opadała mu na zmrużone oczy. W ręce trzymał nóż, a na obu dłoniach miał rękawice nabijane ćwiekami i napami. Spojrzał szatynowi prosto w oczy, zanim kucnął przed nim i wbił broń w podłogę. Uśmiechnął się półgębkiem.
- Przyszedłem cię ostrzec. Skończ śledztwo i wypuść chłopaka. To było samobójstwo – oświadczył chłodno.
Howon zacisnął wargi w wąską linię. Zdążyłby kopnąć nieznajomego w żuchwę, zanim sam straciłby przytomność przez podduszenie, czy nie?
- Grozisz mi? – wydusił, próbując się poprawić na siedzeniu.
- Tylko ostrzegam, panie Lee. – Nieznajomy wstał z kucek i wyrwał nóż z podłogi. Obszedł ponownie fotel i skierował się w stronę okna. – Chyba nie chcę pan mnie już zobaczyć, więc nie powiem do widzenia.
Howon usłyszał świst i poczuł, że nic już nie uwiera go w szyję. Nie zdążył jednak dopaść chłopaka z farbowaną grzywką, gdyż ten wyskoczył przez okno.
***
- LEE HOWON!
Krzyk z głębi korytarza jeszcze bardziej działał szatynowi na nerwy. Poluzował krawat i szybkim krokiem udał się w stronę swojego biurka.
- LEE HOWON DO CHOLERY!
Nie, nie do biurka. Ekspres, automat, cokolwiek. Muszę się napić kawy, pomyślał. Głos Minji osiągał już niemożliwą skalę dźwięku.
-Howon! Uderzyłeś świadka! – Drobna dziewczyna weszła między niego a ekspres do kawy. – Zawieszą cię!
- Nie zawieszą, bo powiesz, że zostałem sprowokowany – mruknął, próbując wyminąć policjantkę. Osiemnastoletni host, pofarbowany na platynowy blond był wyjątkowo sarkastycznym bachorem. Nie dość, że policjant brzydził się zawodem chłopca na usługi, co skreślało Oh Sehuna na samym początku, to blondyn od samego początku utrudniał mu przesłuchanie. Howon prychnął z pogardą. No tak, co może obchodzić takiego wyrostka jak on handel narkotykami, kiedy dostaje dwa tysiące zaliczki za jedną klientkę.
- Nie będę kłamać, Howon – postawiła się Minji, popychając szatyna w stronę jego biurka.
- W takim razie Yoongi potwierdzi moją wersję – prychnął Howon, łapiąc równowagę. – Yoongi, zabierz tą wariatkę. Proszę, jej pisk rozsadzi mi zaraz głowę.
Rudzielec stał jednak dalej w drzwiach z założonymi rękami. Patrzył z zażenowaniem na całą tą scenę i uśmiechał się wymuszenie. Po chwili obok niego stanął inny mężczyzna. Jedną z dłoni włożył do kieszeni jeansów, prawą rękę miał na temblaku. Przydługie czarne włosy wychodziły mu spod zgniłozielonej, wełnianej czapki, którą nosił jakby z przyzwyczajenia. Popatrzył na rudego policjanta, który odpowiedział mu spojrzeniem i lekkim skinieniem głowy.
- Od kiedy się tak siłują? – spytał mężczyzna w czapce, wskazując zdrową ręką na Howona, który bezskutecznie próbował przeforsować barierę, w postaci Minji, która dzieliła go od ekspresu.
- Od dobrej chwili – mruknął Yoongi, opierając się o framugę. – Wracasz?
Mężczyzna pokręcił głową i poklepał się po prawym ramieniu.
- Rozumiem – odparł rudzielec cicho. – Howon, - zaczął już głośniej, wskazując na szatyna w czapce.
– Masz gości.
Howon odwrócił się w ułamku sekundy.
Nie był gotowy na spotkanie z Kim Jaejoongiem.
***
- No więc, jak tam śledztwo? – Jaejoong spróbował po raz kolejny nawiązać rozmowę.
- Bez większych sukcesów – uciął Howon.
Wyższy mężczyzna poprawił czapkę. Czuł się gorzej niż wtedy, gdy przekraczał próg budynku policji po raz pierwszy. Wziął głęboki oddech i spojrzał w przestrzeń.
- Howon, to nie twoja wina, że… -zaczął.
- Że zostawiłem cię w środku budynku pełnego gangsterów, przez co zostałeś okaleczony do tego stopnia, że nie możesz już wrócić do służby? Jaejoong błagam, nie próbuj mnie przekonywać, że to nie moja wina. Jestem parszywym tchórzem i… - Monolog przerwało mu mocne uderzenie w twarz. Howon momentalnie złapał się za policzek, który nieprzyjemnie pulsował z bólu. Popatrzył z wyrzutem na starszego kolegę, który wystawił mu język.
- Nie biję się policjanta na służbie. – Howon próbował powstrzymać cisnący się mu na usta uśmiech.
- Nie prowokuje się policjantów, nawet po służbie – odparł Jaejoong. – Nie jesteś mi nic winny. Ale ja tobie tak. – Widząc, że szatyn otwiera usta, spojrzał na niego karcąco. – Posłuchaj, to dotyczy sprawy.
***
Howon wrócił do domu po północy. Kiedyś witała go Krystal, w swoim granatowym szlafroku, z kubkiem herbaty w dłoni. Nie spała do późna, czekała na niego nawet do rana. Odkąd jednak się wyprowadziła, naprzeciw wychodziła mu tylko cisza.
Rzucił marynarkę w kąt pokoju, zdjął buty. Ciągle jeszcze przetwarzał to, co powiedział mu Jaejoong. Że to nie było samobójstwo, tylko zaplanowane zabójstwo, które miało posłużyć pewnej grupie przestępczej, w dotarciu do pewnych osób. Jaejoong miał już podobną sprawę parę lat temu- gang zabił cały blok w pożarze, żeby znaleźć jednego dilera. Na szczęście zdążyli wsadzić za kratki całą bandę. No, prawie całą. Nie złapano tylko jednego członka.
Nazywali go Chirurgiem, bo przez dłuższą chwilę zajmował się handlem organami. Przynajmniej tak mówili ludzie. Ile w tym prawdy, nie wiadomo. Jaejoong poradził, żeby zaczął szukać po klubach oferujących usługi hostów, bo ostatnim razem też się tam kręcił. Howon miał nadzieje, że nie będzie musiał już więcej współpracować z Oh Sehunem, jednak los miał jak zwykle inne plany. Minji obdzwoniła też swoje koleżanki, Yoongi również niechętnie wykonał parę telefonów, głównie do swoich byłych dziewczyn. Zebrała się całkiem pokaźna lista chłopaków, która chciała sobie dorobić do pensji, bez wiedzy właścicieli lokalu. Rudzielec obiecał uzupełnić ją na następny dzień o dane z bazy.
Howon wiedział, że musi się też zastanowić, co zrobi z Myungsoo.
Zwłaszcza, że teraz leży zakrwawiony na jego nowym, białym dywanie.
***
Pierwsze promienie słońca przebiły się przez chmury nad miastem. Myungsoo z cichym jękiem obudził się ze snu. Pomacał przestrzeń dookoła niego. Coś miękkiego. Pościel. Otworzył jedno oko. To nie była cela, w której spędził ostatnie parę nocy. To było czyjeś mieszkanie. Otworzył drugie oko. Leżał na brzuchu, co zawężało jego pole widzenia do pościeli, łóżka i kawałka pokoju. Brunet spróbował się obrócić na plecy i od razu poczuł tępy ból w lewej łopatce. Próbował przewrócić się na prawy bok, jednak ktoś go powstrzymał.
- Leż tak, jak leżysz.
Brunet nerwowo przełknął ślinę. Pamiętał, że wczoraj wypuszczono go za kaucją- nikt nie powiedział mu kto ani dlaczego zapłacił pokaźną sumkę, za jego wolność. Potem poszedł do Nory się naćpać, ale wcześniej wstąpił jeszcze do Nany- dziewczyna dała mu czyste ubranie oraz trochę grosza. Zachowywała się przy tym jakby zaraz ktoś miał wpakować jej kulkę w łeb. Myungsoo zmrużył oczy próbując sobie przypomnieć coś, co mogłoby zwrócić jego uwagę, w zapleśniałym sklepie dziewczyny. Nowa dostawa. Pojemnik z cukierkami na ladzie. Muzyka sącząca się z radia. Uchylone drzwi na zaplecze. Brak kija z haczykiem, którego używała do zdejmowania bluzek powieszonych wyżej.
Brak kija z haczykiem.
Kij z haczykiem…
Kij…
Zanim czyjaś dłoń zdążyła powstrzymać go przed zmianą pozycji, Myungsoo zerwał się z łóżka. Wtedy ktoś zaczął strzelać. Szatyn upadł na ziemię, co nie spotkało się z aprobatą jego łopatki. Próbował się podnieść jednak ktoś skutecznie przyszpilił go ręką do podłogi.
- Mówiłem ci żebyś się nie ruszał – syknął właściciel dłoni. Myungsoo znał ten głos, ale w życiu nie przypuszczał, że trafił do mieszkania Lee Howona.
- Daj mi broń szmaciarzu. – Brunet z wysiłkiem obrócił głowę w stronę policjanta. – Poradzę sobie tu sam. Ty weź kumpli i idźcie szukać Cha Haekyeona. Słyszysz? Cha. Haekyeon – wydusił.
Po chwili usłyszał odgłos przeładowania pistoletu i broń znalazła się w jego ręce.
- Osłaniaj mnie.
Myungsoo podniósł się do pozycji siedzącej i oparł się o szafkę nocną. Strzały wpadały przez duże okno, kilka metrów od niego, podziurawiły już firanki i całą ścianę naprzeciwko. Brunet zamknął oczy.
Dach bloku, po lewej stronie. Mężczyzna i kobieta. Strzela mężczyzna. Jest bezwietrznie, na zewnątrz 20 stopni. Niech to cholera weźmie.
Na dach można się dostać stąd dostać na dwa sposoby- po sznurku na pranie, który ciągnie się z okna obok i po rynnie, jeśli w odpowiednim momencie urwą się wszystkie śruby od wysokości 4 piętra. Pieprzyć to.
Kobieta ma dwadzieścia lat, mężczyzna niewiele więcej. Kobieta boi się widoku krwi. Mężczyznę w dzieciństwie bił ojciec. Ma sine pręgi na żebrach, blizny na placach, krwiaki na lewym udzie.
Bingo.
Myungsoo szybko wstał. Kątem oka widział jak Howon zabiera kluczyki od samochodu i biegnie w stronę wyjścia. Podbiegł do okna, oparł się plecami o ścianę. Poczuł jak rana na jego plecach otworzyła się. Koszulka zaczęła mu nasiąkać ciepłą krwią.
Złapał broń w obie dłonie, obrócił się i popatrzył w oczy mężczyźnie stojącemu na dachu. Oddał trzy strzały, po czym zemdlał z bólu.
Bardzo fajne opowiadanie.
OdpowiedzUsuń(znienawidź mnie za tego trola XD)