Dobrze, kilka informacji.
1. Jak wspomniałam w notce z płaszczką, nie mam komputera od lutego i to nie uległo zmianie. Jednak zyskałam tableta i to na razie na nim piszę. Postaram się dodawać rozdziały co około miesiąc.
2. Aktualnie Papilio ma wszystko gdzieś, dlatego też można uznać, że teraz blog należy tylko do mnie. Kontynuacji SFD raczej nie będzie.
3. Pojawi się wiele nowych opowiadań. Nie ma sensu kontynuować tych dodanych wcześniej, ponieważ mam kilkadziesiąt stron na (zepsutym) komputerze. Gdy tylko zostanie naprawiony, dodam kolejne rozdziały.
4. Wszystkie moje opowiadania będą o tematyce yaoi, rzadziej yuri. W najbliższym czasie pojawi się tu fantastyka. Jest też szansa na sci-fi.
5. Możliwe, że niektóre rozdziały tego opowiadania będą pisane z innej perspektywy.
A teraz zapraszam do czytania! ;)
Moje życie toczyło się normalnie - do pewnego momentu.
Nazywam się Lysander i mam osiemnaście lat. Jestem wysoki, chudy i blady, mam zielone włosy, ubieram się tylko w czarne rzeczy oraz posiadam kolczyka w przegrodzie nosowej. O dziwo jestem dość normalny. Gram na perkusji i śpiewam. Razem z dwójką przyjaciół tworzymy zespół o nazwie Kły i gramy coś, czego nadal nie udało nam się podpiąć pod jakiś gatunek. Występujemy w małych barach, ale naszym celem jest Naama, najlepszy klub w mieście.
Tak właśnie wygląda moje życie. Ucze się, ale gdy tylko wracam do domu, siadam przy garach. Ćwiczę codziennie i nadal mi się nie nudzi. Najchętniej zająłbym się tym zawodowo, ale na to raczej nie mam szans.
- Lyyysiek! - usłyszałem wesoły głos Eda, który wraz z Marią wszedł do pokoju. Byli jedynymi osobami, które mogły do mnie tak mówić.
Edward jest liderem i gitarzystą w naszym zespole. Wysoki, z nogami, których zazdrości mu każda panna i zawadiackim spojrzeniem. Dziewczyny kleiły się do niego jak muchy, ale on raczej nie poszukiwał stałego związku. Jest zdrowo popierdolony i właśnie to wszyscy w nim kochają.
A Maria? Zupełne przeciwieństwo. Spokojny chłopak, którego rodzice skrzywdzili tym imieniem. Wysoki jak my wszyscy, miał zwykłe czarne włosy i oczy azjaty, jednak jego matka do niczego się nie przyznaje. W sumie strasznie podnieca mnie jego żuchwa i podczas rozmowy wciąż na nią spoglądam.
- Hm? - mruknąłem wyrwany z zamyślenia.
Edward zajął miejsce na krześle przy biurku i wyciągnął swoje długie nogi przed siebie, a Maria usiadł na łóżku obok mnie.
- Próba. Czyżbyś zapomniał? - zpytał Maria udając zaskoczonego.
Usiadłem i przetarłem twarz rękami. Byłem nieźle zmęczony po sprzątaniu całego domu, a na dodatek moje dłonie tak okropnie śmierdziały cytrynowym płynem do naczyń.
- Jeszcze chwilkę, jestem padnięty - jęknąłem.
- A ja jestem głodny. Idę coś zjeść i zaraz wócę - stwierdził Ed i po prostu zszedł do mojej kuchni.
Bywali u mnie tak często, że nawet nie bawiliśmy się w jakieś pozwolenia. Doskonale wiedzieli gdzie co jest i czy mogą tego używać, czego efektem była moja wiecznie pusta lodówka.
- Chcemy jutro iść do klubu. Przyjechał brat Eda. Idziesz z nami? - spytał Maria.
Gdy tylko usłyszałem "brat Eda", od razu się ożywiłem.
Gabriel. Nie wiem co do niego czuje, zależy mi na nim. Może go kocham, nie mam pojęcia. Znam go od pięciu lat, czyli tak długo jak Eda i Marie. Często spotykaliśmy się sami. Uwielbialiśmy chodzić razem do kina. Jednak pół roku temu wyjechał na studia do Danii i kontakt nam się urwał.
Ale teraz wrócił, a ja czułem, że nie będzie więcej okazji, żeby wyznać mu prawdę.
- Jasne - powiedziałem z lekkim uśmiechem.
Jeszcze przez kilkanaście minut rozmawialiśmy o błachostkach, po czym postanowiliśmy zejść do garażu, gdzie znajdowała się nasza sala prób. Był on przeznaczony na dwa samochody, lecz moja mama posiadała tylko jeden, dlatego mieściliśmy się tam z całym sprzętem. Po chwili dołączył do nas Ed i rozpoczęła się próba. Już któryś raz graliśmy jedną piosenkę, ale coś nadal nie wychodziło. Jednak lider zespołu szybko znalazł przyczynę.
- Maria, nie zapierdalaj tak - powiedział Edward przerywając - Ja za tobą nie nadążam, a co dopiero Lysiek.
- Ej, to brzmi jakbym był jakiś ułomny! - wtrąciłem się, ale oni nie zwrócili na mnie uwagi
- Dobra postaram się - westchnął Maria.
Spróbowaliśmy jeszcze raz. Wyszło prawie idealnie.
- Wake up! Make love! Get rock & roll! Let's dance! Dance! Dance! - śpiewałem, a raczej darłem się. Nie zazdroszczę sąsiadom tych codziennych koncertów.
- Lysander, wstawaj - usłyszałem spokojny głos mojej matki.
Mruknąłem coś pod nosem i jeszcze bardziej nasunąłem kołdrę na głowę.
- Nie pójdziesz dziś do szkoły, już dzwoniłam do twojej wychowawczyni. Jedziemy na lotnisko, mam niespodziankę - powiedziała, a w jej głosie słyszałem, że jest szczęśliwa.
Uchyliłem niechętnie jedno oko i zobaczyłem, jak wychodzi z pokoju. Skoro ma dobry humor, to nie zamierzam tego psuć, chociażby dla swojego dobra. Wstałem niechętnie i ruszyłem do łazienki.
Myjąc zęby zastanawiałem się, kto przyjeżdża. Jeśli to wujek Daniel wrócił z Holandii, to chyba popłacze się ze szczęścia. Ma trzydzieści lat, żonę, synka i jest ostro świrnięty. Wciąż jara i gra na gitarze. Jest chyba jedynym krewnym ojca, który nie wypiął na nas dupy. Reszta mnie i matki szczerze nienawidzi, ale nie wujek. Może też dlatego, że jego nienawidzą równie mocno. Błagam, oby to był on!
Ubierałem się już w pełni przekonany, że to wujek. Założyłem jakiś porozciąganą koszulkę, czarne spodnie i glany. Do tego obroża i pieszczochy. Nastroszyłem trochę moje zielone włosy i wszedłem do kuchni.
- O nie, nie, nie. Do łazienki i myć mi błoto z tych butów! - odezwała się moja matka.
Westchnąłem ciężko i zdjąłem glany. A tyle się nawiązałem!
Wsiedliśmy do auta, a moja rodzicielka wciąż powtarzała, że się spóźnimy.
- Jak kocha to poczeka - powiedziałem, na co ona zaśmiała się cicho.
Jednak nadal była strasznie nerwowa. Jako lekarz nigdy się nie spóźniała i nie było to dla niej naturalne. Ale wujek z pewnością jej to wybaczy. Sam przychodzi zawsze po czasie.
- Jesteśmy spóźnieni już pół godziny! Lysander, idź na lotnisko, ja poszukam wolnego miejsca!
Wysiadłem z auta i szybko wszedłem do środka budynku. Popatrzyłem na te tłumy ludzi i już pożegnałem się z wizją znalezienia wujka i jego rodziny. Ale może oni znajdą mnie.
Jeszcze bardziej nastroszyłem włosy i objąłem się ramionami. Plułem sobie w brodę, że nie wziąłem płaszcza. Jakim musiałem być idiotą, żeby w lutym wychodzić z gołymi ramionami? Tak jest za każdym razem. Zawsze jest mi albo za zimno, albo za ciepło.
Po kilkunastu minutach łażenia po lotnisku nie dostrzegłem kapelusza Daniela. Zrezygnowany usiadłem na jedynym wolnym miejscu. Po mojej prawej nikogo nie było, a po lewej siedział jakiś chłopak w moim wieku, może trochę starszy. Miał intensywnie czerwone włosy i walizkę tego samego koloru. Był ubrany w świetną, skórzaną kurtkę, podziurawione spodnie i glany. Widocznie wkurzony, co chwilę patrzył na zegarek w komórce.
Stwierdziłem, że posłucham muzyki. I tak nie mam nic lepszego do roboty. Wyjąłem słuchawki z lewej kieszeni, ale kiedy sięgnąłem do prawej, nie było tam telefonu, a paczka papierosów.
- Kurwa...
Więc po prostu zacząłem przekładać ją w rękach. Zapaliłbym, ale tuż nad moją głową wisiał zakaz. Matko, jak ja uwielbiam ten ich wiśniowy smak. Na dodatek są całkowicie czarne. Drogie jak cholera, ale jest warto.
- Lysander, włącz ten cholerny telefon! - usłyszałem znajomy głos.
Leniwie podniosłem głowę i spojrzałem ma matkę.
- Zostawiłem w domu - mruknąłem.
Popatrzyła na chłopaka siedzącego obok mnie i od razu się rozpromieniła
- Ale widzę, że się znaleźliście - powiedziała uradowana.
Nagle po prostu go przytuliła. On tego nie odwzajemnił, ale jej to nie przeszkadzało.
- Co tak długo? - burknął.
- Wyszliśmy wcześnie, ale na drogach były straszne...
- Chwila! - przerwałem jej. Wstałem i patrzyłem to na moją matkę, to na nieznajomego. - Kto to jest?!
Kobieta puściła chłopaka i popatrzyła na mnie ze smutkiem.
- To twój brat.
Brat?
Popatrzyłem na niego mrużąc oczy.
Miałem kiedyś brata, ale z momentem powiedzenia przed sądem, że woli mieszkać z ojcem, stracił ten status. Uznałem go za zdrajcę i nie chciałem z nim rozmawiać, kiedy dzwonił. Po roku on też nie chciał. Był mi bliski, ale po jakimś czasie pogodziłem się ze stratą i nawet zapomniałem, jak wyglądał.
Jednak teraz stał przede mną Olgierd we własnej osobie, a jedyne co rozpoznawałem, to jego ciemne oczy.
- Jestem jedynakiem - stwierdziłem obojętnym tonem, jednak wcale się tak nie czułem. W gardle pojawiła się gula, trudno było mi cokolwiek powiedzieć.
- Lysander, nie mów tak!
Zmierzyłem ich morderczym wzrokiem.
- Przykro mi, po trzynastu latach nie zamierzam rzucać mu się w ramiona - warknąłem.
- Jesteś tak samo dziecinny, jakim cię zapamiętałem - powiedział czerwonowłosy z kpiącym uśmieszkiem.
- No popatrz, a ja cię nawet nie zapamiętałem.
Po tych słowach ruszyłem ku wyjściu. Stanąłem pod jakimś murkiem i drżącymi dłońmi wyjąłem papierosa oraz zapalniczkę. Było strasznie zimno, ale starałem się nie zwracać na to uwagi. Warknąłem zły, bo to cholerstwo za nic nie chciało odpalić. Lecz nagle mój papieros zapalił się za sprawą czyjejś zapalniczki. Popatrzyłem w stronę przybysza i zobaczyłem Olgierda.
- Czego? - warknąłem.
- O co ci chodzi?
- No kurwa nie wiem! Może o to, że postanowiłeś sobie po trzynastu latach wrócić!
Starałem się panować nad głosem, jednak pod koniec nieco się złamał. Modliłem się, aby on tego nie wyłapał.
- Masz za duże mniemanie o sobie. Przyjechałem tu tylko przez studia. Jeśli zarobię wystarczająco dużo, wyprowadzę się za pół roku i dalej będziesz mógł udawać jedynaka. Ale teraz się pospiesz, bo mam kilka spraw do załatwienia.
Nic nie odpowiedziałem. Spokojnie wdychałem wiśniowy zapach i patrzyłem w przestrzeń. Gdy skończyłem, rzuciłem niedopałek na ziemię i zgniotłem butem. Posłusznie ruszyłem za chłopakiem i po chwili znaleźliśmy się przy aucie mojej matki. Pospiesznie usiadłem na przodzie, żeby nie zakosił mi tego miejsca.
Jechaliśmy z całkowitej ciszy, co zupełnie mi odpowiadało. Jednak mama już po kilku minutach ją przerwała.
- Chłopcy dziś do nas przyjdą? - spytała mnie.
- Możliwe, że nie. Idziemy dziś do klubu, więc pewnie spotkamy się dopiero wieczorem - mruknąłem.
- To świetnie. Możecie iść razem - powiedziała zadowolona ze swojego pomysłu.
- To bardziej prywatne spotkanie. Przyjechał brat Eda.
Kobieto, wybij to sobie z głowy! Nie będę go wszędzie ciągnął.
- Przesadzasz. To twój brat. Olgierd, co ty na to?
- Mów mi Kazu - mruknął oschle.
Gdybym miał takie imię, też bym się wstydził. Ale ja miałem więcej szczęścia niż on.
- Dobrze. Więc co ty na to, Kazu?
- Chętnie pójdę z Lyśkiem - powiedział, a ja dokładnie zobaczyłem jego perfidny uśmieszek w bocznym lusterku.
- Z Lysanderem - poprawiłem go - Ale ja niechętnie cię zabiorę.
Popatrzyłem za okno pochmurnym wzrokiem. Nie chcę go nigdzie brać. To ma być przyjacielskie opicie (i nie tylko) przyjazdu Gabriela. Pewnie będzie siedział jakby miał kij w dupie.
- Albo jedziesz z nim, albo jedziesz bez pieniędzy.
Przeklnąłem pod nosem i już do końca jazdy nic nie powiedziałem. Muszę mieć coś na alkohol, bo moje oszczędności są już ptrzeznaczone na coś innego.
Pod domem czekała na nas niespodzianka. Maria i Edward, którzy kulili się z zimna. Kiedy wysiadłem z samochodu, dobiegli do mnie zostawiając gitary przy drzwiach.
- Ty gnoju! Czekamy tu od pół godziny! W dodatku nie odbierasz telefonu! Co ty sobie wyobrażasz?! - krzyczał Ed.
- Spokojnie, przecież nic się nie stało - wtrącił stojący obok brunet.
- Owszem, stało się! Przez ciebie...
- Byłem na lotnisku i zapomniałem telefonu. Nie rób wielkiej afery - burknąłem otwierając drzwi.
Po przyjeździe Olgierda nie czułem się najlepiej.
- Po co byłeś na lotnisku? - spytał Maria.
- Po mojego brata - odpowiedziałem spoglądając do tyłu. - Pogadamy o tym później, to bardziej skąplikowana sprawa. Poczekajcie chwilę.
Szybko wbiegłem na górę i zabrałem z pokoju moją komórkę. Wepchnąłem ją do kieszeni i zszedłem na dół.
- Ej, poznaj nas czy coś - szepnął Ed widząc jak mój brat targa walizkę.
- Jeśli chcesz go poznawać, droga wolna - warknąłem i ruszyłem w stronę garażu. - Mamo, otwórz nam! - krzyknąłem.
Drzwi garażu, dzięki mocy pilota, podniosły się do góry. Wszedłem do środka i zająłem miejsce przy perkusji. Zobaczyłem jak Maria wyciąga gitarę z pokrowca i odpowiednio ją podpina. Jednak Eda nie było. Chyba rzeczywiście poszedł poznać Kazu. Nie wiem czemu, ale poczułem zazdrość o przyjaciela.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz