sobota, 10 października 2015

Drogi Kurcie Cobainie... rozdział 3 "Dobra, dobra! Tylko nie płacz!"

Pamiętacie jak mówiłam, że mam tableta, a na nim dużo opowiadań? Nie, jednak nie. Bo mój tablet się zepsuł. Złośliwość rzeczy martwych. Wszystko przy mnie zdycha po tygodniu i tylko mój telefon dzielnie trzyma się od dobrych trzech lat.
Ale do rzeczy! Po siedmiu miesiącach mój komputer został naprawiony. Znaczy się został naprawiony w dwa dni. Więc postaram się napisać część dalszą Niechcianych Braci. Na początku zupełnie ich nie przemyślałam i wyszło jak wyszło (psst, słabo). Jednak jest osoba, która chyba się w nich zakochała i postaram się napisać to dla niej.
   - Przyjedziecie po mnie? – usłyszałem zapłakany głos Mii w słuchawce.
Właśnie jechaliśmy z moim przyjacielem do wytwórni autem jego ojca.
   - Co się stało? – spytałem. Miała wrócić dopiero jutro.
   - Pokłóciłyśmy się. Stwierdziły, że okłamałam je, że Corpse był u nas w domu i że uważam je idiotki i wciąż powtarzam to za ich plecami, a ja nic takiego nie mówiłam! Powiedziały, że nasza przyjaźń skończona! – rozbeczała się.
   - Nie przejmuj się nimi. Gdzie jesteś?
   - Pod klubem Nico.
   - Zaraz będziemy. Czekaj chwilę.
Szatyn popatrzył na mnie pytająco.
   - Jedź pod Nico. Mia siedzi tam cała zapłakana. Mówiłem, że jej przyjaciółki to idiotki –westchnąłem.
Już po chwili byliśmy na miejscu. Mia usiadła z tyłu ukrywając twarz w dłoniach.
   - Nie martw się nimi, Mia. Przejdzie im – próbowałem ją pocieszyć.
Kiepsko mi to szło.
   - Nie przejdzie! Powiedziały dokładnie. „Jesteś kłamliwą ździrą. Teraz to już przegięłaś. Koniec naszej przyjaźni. Możesz się wynosić.”
A to pizdy. Wymyśliły sobie coś i wyzywają moją siostrę. Niech się cieszą, że mnie tam nie było, bo od razu przyprowadziłbym je do porządku.
   - Walić je. Nie są jedyne na świecie. Pokaż im, że dajesz sobie radę bez nich – odezwał się Krist.
   - One jedyne w klasie, nie uważają mnie za dziwną – wciąż płakała.
   - Ja miałem to samo. Dobrze, że znalazł się debil, który nie umiał włożyć słuchawek. Nie musisz przyjaźnić się z nikim z twojej klasy. Może być  ktoś starszy, młodszy.
   - Ważne, żeby był tak samo nienormalny jak ty – powiedział Krist z uśmiechem.
No to żeś pocieszył.
   - W pozytywnym sensie nienormalny!
Czemu to ja zawsze ratuję sytuacje.
   - Już jesteśmy. Wysiadajcie – odrzekł mój przyjaciel.
Wszyscy wysiedli i weszliśmy do środka. Ten budynek jest ogromny. Ile oni tu mają zespołów? Trzysta?
Szatyn podszedł do recepcji i zapytał się, gdzie mają iść. Poszliśmy tam i czekaliśmy na korytarzu, jak nam kazano. Mia wycierała twarz, a ja wciąż ją pocieszałem. Czekaliśmy dobre pół godziny. Dopiero wtedy z sali 129 wyszedł Lars.
   - Wybaczcie. Żadnego dobrego gitarzysty. Menadżer wpadł w szał – jęknął – Wchodźcie.
Weszliśmy wszyscy. Na środku był długi, szklany stół, a dookoła niego kilkanaście krzeseł. Była też mała tablica i rzutnik.
   - Hej! – przywitali się siedzący przy stole.
Tylko Blaze pisał coś w notesie, a jakiś facet chodził zdenerwowany.
   - Siadajcie.
Tak więc grzecznie usiedliśmy przy wielkim stole. Ej, on jest podświetlany! Jaki bajer!
   - Sorry za czekanie. Jesteśmy w dupie, za przeproszeniem – powiedział Shavo bujając się na krześle.
   - I to jak. Wszyscy dobrzy gitarzyści gdzieś zniknęli – westchnął Krick.
Mia podniosła na nich wzrok.
   - Przecież macie jego – wskazała na mnie z miną, jakby to było oczywiste, że świetnie nadaje się do ich zespołu.
   - Twój brat twierdzi, że ta muzyka nie jest w jego stylu – wtrącił się Krist.
   - A ja myślę, że zwyczajnie tchórzy – odezwał się Blaze nie przerywając pisania.
   - Ja nigdy nie tchórzę! – zdenerwowałem się.
   - Udowodnij, twardzielu – powiedział z kpiną i podniósł na mnie wzrok.
Prychnąłem.
   - Niby po co?
   - Mówiłem, tchórzy – wrócił do notatnika.
   - Przykro mi braciszku, ale to prawda – powiedziała Mia cmokając.
   - Muszę się zgodzić. Chyba zjada cię trema, Scott – zwrócił się do mnie Krist krzyżując ręce na piersi.
No bez jaj! To jakaś zmowa?
   - Po prostu nie widzę w tym większego sensu – wzruszyłem ramionami.
   - Nie, po prostu jesteś kiepski i nie możesz się z tym pogodzić – mruknął Blaze.
   - Posłuchaj mnie ty… - zacząłem.
   - Pokaż co umiesz – powiedział Lars z gitarą w dłoniach.
Niech was wszystkich! Wziąłem gitarę w rękę. Ktoś już ją podłączył. Klasyka będzie najlepsza.
   - Matallica Enter Sandman cover – mruknąłem.
I zacząłem grać. Znam to na pamięć. Nauczyłem się tego, gdy byłem w piątej klasie. Dodałem kilka rzeczy od siebie. Ta gitara miała progi, więc dźwięk, który chciałem uzyskać po przejechaniu palcem wzdłuż struny, nie wyszedł taki idealny, jaki miał być. Gdy mam go grać, to biorę gitarę ojca i tyle. Skończyłem po kilku minutach z wielkim finałem i oddałem gitarą.
   - Bierzmy go! – zapiał Shavo.
   - Zgadzam się – rzekł się Krick.
   - To było tylko po to, by pokazać Czarnej Mambie, że umiem grać. Do nikogo nie dołączam – powiedziałem.
Nagle usłyszałem straszliwy ryk. Okazało się, że to była moja siostra płacze.
   - Najpierw one, a teraz ty! – łkała. – Tak chciałam, żebyś z nimi grał. Nawet nie wiesz, jak mnie ranisz! Dlaczego mi to robisz?!
Co się dzieje?!
   - Mia, nie płacz – spanikowałem i próbowałem ją przytulić.
Ta odepchnęła mnie mocno.
   - Nienawidzę cię! Nie będę się do ciebie odzywać do końca życia! Zostaw mnie!
   - Tak zawieść własną siostrę… - powiedział Krist z dezaprobatą, po czym przytulił nadal płaczącą dziewczynę.
Reszta zespołu pokiwała głowami i mówili coś w stylu „Biedna…”
   - Wy też?!
Nie chcę być w tym zespole. Nie wytrzymałbym jeszcze więcej ich piosenek. W domu i na próbach. Ale chyba jeszcze bardziej nie zniósłbym ryku mojej siostry, ględzenia o straceniu wielkiej szansy i faktycznemu straceniu wielkiej szansy.
   - Biedna Mia. Jak ona się pozbiera? – westchnął szatyn głaszcząc ją po głowie.
   - Dobra, dobra! Tylko nie płacz!
   - Obiecaj, że do nich dołączysz! – prawie krzyknęła.
   - Dobra, obiecuje. Będziesz dalej ryczeć?
Nagle zamilkła i odwróciła się do mnie z dużym uśmiechem. Ona wcale nie płakała! A to żmija!
   - Oszukaliście mnie!
Ona wraz z Kristem zaśmiali się i przybili sobie piątki. Zespół też. Nawet Blaze się lekko uśmiechnął. To dopiero wyczyn.
   - Już obiecałeś. Musisz – zachichotała.
Wiem, że muszę. Mam swój honor. Obiecałem, więc już nie mam wyjścia.
   - Wredna żmija – syknąłem.
   - Oj od razu żmija. Może kobra.
Zrobiłem naburmuszoną minę. Dałem się wykiwać czternastolatce. Jaki ze mnie debil.
   - Masz skończone osiemnaście lat? – odezwał się niski, męski głos. Było to pierwsze zdanie, jakie wypowiedział mężczyzna koło pięćdziesiątki od kiedy tu weszliśmy.
   - To wy tak na poważnie? – jęknąłem.
   - Jak najbardziej – powiedział Krick z uśmiechem.
   - Za dwa miesiąc kończę osiemnaście.
Facet zmarszczył brwi widocznie niezadowolony.
   - Twoi rodzice muszą podpisać umowę.
Ej, ja nie chce być w tym cholernym zespole. Mamo, tato, Maks! Wyobrażacie sobie to? Wracam do domu i gnam na próbę. Później jakieś cholerne trasy koncertowe, więc wiele dni nie ma mnie w domu. Biedny Maks zostanie zaniedbany. Co jeśli moja mama zapomni go nakarmić? Albo zrobić Mii śniadanie? Lub mój tata nie odbierze Maksa z przedszkola?
    - Więc jedziemy do twojego domu – zakrzyknął Shavo, co wyrwało mnie z zamyślenia.
Popatrzyłem z błaganiem w stronę mojej siostry i przyjaciela. Ci wzruszyli ramionami. Zostałem sam.
   - Skończyłem – powiedział nagle Czarna Mamba.
Wstał i podał notes Larsowi. Wszyscy pochylili się i zaczęli czytać.
   - Chodź tu – powiedział Shavo, a ja dopiero po chwili zrozumiałem, że słowa te były kierowane do mnie.
   - Ja? – spytałem niezbyt inteligentnie.
   - Jesteś teraz częścią zespołu, prawda? – wtrącił Lars.
Na szczęście jeszcze nie.
   - Właściwie to… - zacząłem, ale przerwał mi głos Blaze’a.
   - Nie gadaj tylko podejdź.
Wstałem niechętnie i podszedłem do nich. Na kartce był napisany tekst piosenki. O dziwno, była dość wesoła jak na nich.
   - No myślę, że jest dobra – mruknął Lars.
No błagam! Ma błędy.
   - Tak, racja – dodał Krick.
   - Nie jest dobra – odezwałem się, a oni popatrzyli na mnie w tym samym czasie – Nie mówicie mu, co jest źle, bo jest waszym przyjacielem. To że jesteście mili, nie zmieni faktu, że piosenka ma błędy. Na przykład piąty wers, pierwsza zwrotka. Zamiast „nie oglądajcie się w tył” lepiej brzmiałoby „nie oglądajcie się na nas”. Lepiej pasowałoby do muzyki.
   - Do tej piosenki nie ma jeszcze muzyki …– mruknął Krick.
Ups… To ten mój automat, który dodaje nuty gdy tylko widzi tekst.
   - Ale jakby była. Lepsza ilość sylab.
Blaze wziął notes. Skreślił podane zdanie i napisał nowe. Byłem przekonany, że zwyczajnie mnie wyśmieje!
   - Dobra, załatwimy sprawę gitary i auta, a później zajmiemy się piosenką – zarządził Lars.
Jeśli się nie mylę, to on tu jest liderem. Chyba będę musiał wypytać Mie o nich. Prócz nazwisk i pozycji w zespole nic o nich nie wiem.



   Siedzieliśmy wszyscy razem w kuchni. Matka rozmawiała z menadżerem zespołu, Mia siedziała obok mnie i patrzyła na chłopaków jak zahipnotyzowana, Maks spał u siebie, a ojciec i jego koledzy leczyli kaca w salonie. Po chwili mężczyzna wyjął umowę. Moja matka usiadła przy stole i zaczęła czytać.
   - Przeprowadzka? – zdziwiła się.
Ja też się zdziwiłem! Nic mi nie mówiono, o przeprowadzce! Teraz to na pewno Maks będzie po nocach w przedszkolu, a Mia będzie chuda jak narkomanka!
   - Jaka przeprowadzka?! – odezwałem się wstając.
Moja siostra zgromiła mnie wzrokiem i pociągnęła za bluzkę, abym usiadł. Ja jednak się nie poddałem.
   - Mieszkamy razem, tak rodzinnie – zaśmiał się Shavo.
No chyba oszaleliście do reszty. Mam mieszkać z totalnie obcymi ludźmi? Czy ja wyglądam, jakbym właśnie dołączał do jakiegoś pedalskiego boysbandu? Nie ma mowy.
   - Nie martw, się. Każdy ma osobne piętro. Nawet nie będziesz musiał na nas patrzeć. Po prostu jeden budynek i tyle – rzekł widząc moją jeszcze bardziej złą minę.
Mam nadzieje że była zła, a nie był to kolejny wykrzyw ryja bez większego znaczenia.
Właściwie… Jak mam mieć całe piętro dla siebie. Czemu nie? Już widzę te imprezy!
Lekko złagodniałem. A nawet bardzo.
   - Gdzie dokładnie? – spytałem siadając.
Kiedy usłyszałem adres, o mało nie spadłem z krzesła.
   - Przecież to dwieście kilometrów stąd!
   - Przecież nie kazalibyśmy przeprowadzać się trzy domy dalej – burknął Blaze.
Muszę mu przyznać racje (niestety). Mogłem się domyślić.
Dalej już nic nie mówiłem.
   - A co z nauką? – odezwała się moja mama.
Ona jak zwykle o najmniej ważnych rzeczach.
   - Załatwimy mu prywatne nauczanie. Chyba, że woli pani, żeby szedł do szkoły – odpowiedział menadżer.
Matka popatrzyła na mnie pytająco.
   - Szkoła będzie chyba lepsza, prawda? W końcu matura i tak dalej – mruknąłem.
   - To chyba będzie lepszy pomysł. Jak ma jechać w nowe miejsce. Musi mieć jakiś kolegów.
Czytała dalej, a ja wpatrywałem się w kolekcje naszych talerzy. Większość z nich była lekko obita. Były totalnie różne. Jakby wyjęte z kilkunastu innych zestawów.
Matka podpisała papiery ładnym „Marina Scott”.
   - Potrzebujemy też podpis ojca i chłopaka – powiedział mężczyzna.
   - Ej, ale ja nie mam chłopaka – wtrąciłem.
Jak zwykle najpierw mówię, później myślę. Przecież im chodziło o mnie!
   - Nie potrzebujemy podpisu twojego chłopaka, tylko twojego – zaśmiała się.
Mama wstała i poszła do salonu.
   - Kochanie! Chodź do kuchni! – krzyknęła, a ja usłyszałem głośnie przeklinanie mojego ojca i hipisów, których głowa zapewne zabolała niemiłosiernie.
   - Czasem myślę o rozwodzie – jęknął mój ojciec gdy weszli do kuchni, a ona tylko pocałowała go w policzek – Gdzie podpisać?
Menadżer wskazał kilka miejsc. Mój ojciec zapewne nawet nie wiedział, co podpisuje.
   - Mam nadzieję, że to nie jakiś kredyt na pralkę.
   - Ludwik idzie do zespołu i musimy to podpisać.
Tata zmrużył oczy. O nie. Zaraz zacznie się wywód.
   - Za moich czasów to po prostu zbierało się kupę przyjaciół i się grało. Teraz jakieś papiery. Co się dzieje z tym światem?
   - Tato… - szepnęła do niego Mia.
   - Jaki to zespół? – spytał od niechcenia.
   - Corpse – odpowiedział Lars.
   - Ale rockowy, metalowy? Mam przynajmniej pewność, że nie boysband. Ludwik śpiewa jak zarzynana koza.
   - Dzięki tato! – powiedziałem głośno z udawanym szczęściem.
   - Gramy co nam się podoba – rzekł ponownie Lars.
Ojciec znów zmrużył oczy.
   - Widać, że lider.
Dobrze, że na tym skończył! Zawsze mówi, że liderzy „gadają od rzeczy” i że liderem zostaje największy frajer. Gdyby to powiedział, chyba zapadłbym się pod ziemię.
Ojciec zaczął rozmawiać z menadżerem, jak to ma wyglądać, a ja wraz z Mią dyskretnie graliśmy w „Kamień, papier, nożyce” trzymając ręce pod stołem. Póki co wygrywała trzema punktami.

1 komentarz:

  1. Nie wiem czemu, ale uwielbiam Twoje opowiadania, mogę czytać godzinami. Licze na częstsze publikowanie rozdziałów, ale rozumiem, że szkoła i inne takie xd
    Życze Ci dużo czasu bo talent to Ty Ogórku z Musztardą masz(chciałabym mieć taki talen i tak pisać ;-; ) No i chęci do prowadzenia bloga. Mam nadzieję, że Ty tak go nie zostawisz jak inni, bez pożegnania.
    No, go ja już się zbieram :3

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

SZABLON